Varia

Dziś o tym Wam opowiem, co Mary robiła z Bobem

sezon na bób

Czyli chcecie wiedzieć, co Mary robiła z Bobem przez całe lato i nawet dłużej? Dobrze…

Na melodię “Mary had a little lamb”:

Mary miała małą owcę
(małą owcę, małą owcę).
Nigdy nie chodziła z chłopcem
(z żadnym chłopcem, nie).

Mary była wprawdzie młoda i wesoła, ale na pewno nie głupia. Mądrość okazywała, dokonując oczywistych wyborów, żądając natychmiastowych doznań i stawiając oryginalność na piedestale.

Niech nas nie zdziwi więc, że długo nie chciała umówić się z Bobem, chociaż on niestrudzenie co lato próbował zwrócić na siebie jej uwagę. Prężył się w słońcu bez koszulki, prezentował napiętą i gładką skórę. Kipiał młodością, pęczniał z dumy i chciał dać Mary całego siebie, aż do ostatniego atomu swego wartościowego wnętrza. Tak, aby Mary pokochała go na zawsze, przyjęła z wszystkimi wadami i polubiła fakt, że w gorączkowych sytuacjach dość długo pozostaje niewzruszony.

Ale nie.

Mary nie myślała o Bobie w takich kategoriach. Jej wydawał się gruboskórny i mdły. Trochę dziwny, zawsze w tyle za innymi. Z jednej strony niedojrzały, z drugiej nawet jakby zepsuty. W każdym razie – nudny. A już na pewno w sprawach damsko-męskich zupełnie zielony.
To nie dla niej. Nie wiedziała, co mogłaby robić z takim nieciekawym Bobem? Ona potrzebowała przebojowego twardziela, co to dobrze wygląda, potrafi wpasować się w każde towarzystwo i natychmiastowo mięknie, gdy trzeba. To dlatego co lato dawała Bobowi kosza.

Mary chciała przygód.

Wyruszyła w podróż dookoła życia.

Mary miała małą owcę
(małą owcę, małą owcę).
Całowała się już z chłopcem
(już z niejednym, hej).

Mary zabrała swą owieczkę na kilkuletnią wycieczkę, w której spróbowały wszystkiego, co się dało. Oczywiste wybory, natychmiastowe doznania i oryginalność cieszyły Mary przez pierwszy rok, drugi, nawet jeszcze w trzecim. Aż egzotyka spowszedniała, a fantazyjność zbrzydła. Ile można gonić za niezwykłością, jakością, osobliwością? Tak że Mary wróciła w końcu w rodzinne strony z podkulonym plecakiem. Łaskawszym okiem spojrzała na pogardzanych znajomych, żaden jednak nie był w stanie podbić jej rozedrganego serca, wypełnić cielesnych zakątków przyjemnością, do której przywykła podczas wojaży, i pokrzepić spragniony umysł swoją bezpieczną, spokojną kompanią. Mary łaknęła ukojenia.

Rodzina zauważyła.

Nadszedł lipiec. Przy obiedzie mama nieśmiało zaproponowała: “To może umówisz się z Bobem? Widziałam go niedawno, wrócił. Znowu pojawia się na mieście”.

Mary miała małą owcę
(małą owcę, małą owcę).
Umówiła się z tym chłopcem
(z Bobem, w desperacji).

Mary postanowiła dać Bobowi szansę. Zaprosiła go do domu. Nie wiedziała nadal, co mogłaby robić z takim nieciekawym Bobem? Nie siliła się na podkreślanie wyjątkowości chwili, przecież nie będzie się starała dla tego… zwyklaka. Nie przygotowała żadnej kolacji, podała mu tylko masło i sól, żadnego czosnku. Miala gdzieś, co sobie pomyśli. On jednak wydawał się zadowolony. Wpatrzony w Mary, powoli oddawał jej całe swoje ciepło… Siedzieli razem przed telewizorem, Mary włączyła ulubiony serial. Na początku szło niemrawo, ale Mary wnet poczuła, że całkiem dobrze jej z tym Bobem. I to tak dobrze, że zabrała go nawet do sypialni. Gdy było już po wszystkim, Mary poczuła, że oto po raz pierwszy w życiu czuje się nasycona. Nie pragnie już niczego więcej. Chociaż nie, chce odtąd codziennie spotykać się z Bobem, choćby na chwilę, na trochę. Z tym poczciwym, swojskim, ignorowanym Bobem, który ma przecież tyle do zaoferowania kobiecie. Jeju, najlepiej to chciałaby,

żeby cały świat dowiedział się o Bobie!

Mary przeczuwała, że to będzie never ending love story z happy endem. Choć bez suspensu, wszak nie ma co ukrywać – Bobowi daleko do pełnych wigoru kolegów. On swój urok opiera na treściwym ego, wyważonym temperamencie i kontraście, który wywołany przez pozbawiony wszelakiej, typowej dla pozostałych rozsianych po świecie osobników, fikuśności charakter, wprawia zblazowane miłośniczki zmysłowych doświadczeń w błogie osłupienie.

Czyli ludzkimi słowami – dobry jest!

Mary miała małą owcę
(małą owcę, małą owcę).
Z Bobem idzie na kolację
(już innego nie chce).

 

sezon na bób

THE END

Podziękowania i inne uwagi końcowe:

*Jestem bardzo wdzięczna trzem przypadkom z polskiej deklinacji, dzięki którym mógł powstać ten tekst: Celownikowi (komu? czemu?), Narzędnikowi (z kim? z czym?) i Miejscownikowi (o kim? o czym?). Chłopaki, naprawdę, to jak wspaniale odmienialiście (kogo? co? Biernik) Boba/bób… jestem pod wrażeniem!

*Ten tekst pisałam wyjątkowo ręcznie na kartce. Była to dla mnie taka dziwna sytuacja, czułam taki dyskomfort, że aż narysowałam w górnym lewym rogu ikonę “Zapisz” i co chwila na nią najeżdżałam długopisem. Mam nadzieję, że wszystko jest.

*Sezon na bób trwa tyle, co szkolne wakacje… Podejrzana sprawa. Czyżby minister edukacji zasilał szeregi tajnego międzynarodowego Stowarzyszenia Miłośników Bobu? Kto wie… Ręka w górę!

sezon na bób

 


Follow my blog on Follow on Bloglovin

2 thoughts on “Dziś o tym Wam opowiem, co Mary robiła z Bobem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.