Tula scribit

Jabn i Jastysis – wstęp i część I

Kilka lat temu usiadłam i wymyśliłam anegdoty inspirowane “trudami życia małżeńskiego”. Dobrze się przy tym bawiłam, więc było mi tylko trochę przykro, gdy Michał Larek skrytykował to moje wiekopomne dzieło. Niemniej jednak będę regularnie zapraszać do przeczytania kolejnej anegdoty, w czym wspierać mnie będzie oczywiście Romantyna z Lukru, patronka utworów sentymentalnych, ale jakże fajnych.

Jabn i Jastysis – wstęp i cz. I

Co by było, gdyby nagle na ziemię zszedł sam Pan Bóg w białych skarpetkach, z rozwianą czupryną, tym swoim mądrym czołem i rozgniewanym głosem zakrzyknął:

– Do odpowiedzi!…

Truch, truch, struchleliby wszyscy ludzie. Jeśli blady strach rzeczywiście kiedykolwiek miałby paść, zrobiłby to w tej chwili, a odgłos jego upadku trwałby dłużej niż tras, jura i kreda razem wzięte i pomnożone przez cztery.

Powiedzmy, że Pan Bóg naprawdę zszedł na ziemię i teraz stoi, zatacza wzrokiem i mruczy pod nosem złowieszcze słowa:

– Do…od…po…wieeee…dziiiii…

Jego oczy padają na tych, którzy próbują wyglądać jak najbardziej swobodnie. Szczególnie jeden człowiek sprawia wrażenie, jakby nie była to dla niego pierwszyzna, phi.

– Ty! Ty do odpowiedzi! – Boży palec wskazuje na tego pana, który właśnie malował ściany na kolor różowy i stoi z pędzlem unurzanym w kochliwej farbie. A jednak!

– Jestemnieprzygotowany…

– Słucham!? – Boże ucho zogromniało na chwilę.

– Ekhm… Jestem nieprzygotowany. – Kap, kapie z pędzla. – Nie mogę dziś odpowiadać. – Kap. – Niebędęodpowiadać. – Kapkapkapkapppp…

– Ależ nie miałem zamiaru cię przepytywać. Dzisiaj nie pytam. – Westchnienie ulgi z miliardów serc można by porównać tylko do westchnienia, które wyrwałoby się z miliardów serc ludzi, ucieszonych, że Pan Bóg dziś nie będzie pytać. – Pokaż mi tylko zadanie domowe!

– Aaa, zadanie domowe! Trzeba było tak od razu! – pan z pędzlem pomyślał, że rubasznie zażartuje i przesłoni swe następne straszne zdanie. – Yyyy, nie mam.

Pomruk niepewności z miliardów gardeł. Ty, co było zadane? A skąd ja mam wiedzieć? Coś w ogóle było? Szturch, szturch, nikt nic nie wie.

– A ty masz? – tym razem z nadzieją w głosie zapytał Pan Bóg, bo coś mu się zdawało, że zeszyty wszyscy będą mieli niestety czyste, choć w kratkę.

– Nie.

– A ty?

– Nie. – I tak do ostatniego człowieka na ziemi, którym była, akurat tak się złożyło, bo człowiek może mieć dwojaką płeć, kobieta.

– Uch, ale wy jesteście. Macie szczęście, że jestem w dobrym humorze i nikt nie zostanie zawieszony ani powieszony. Hehehe, taki żart. Na jutro proszę każdy napisze mi swoją historię. – Pan Bóg zarządził i tym razem nikt się nie wymiga.

– Swoją historię? Czy od A do Z?

– Nie musi. Mogą być ciekawe fragmenty. Cokolwiek, co mnie rozbawi, zafrasuje, wzruszy. Chcę to pokazać na Dorocznym Zjeździe Bogów, wiecie, jak to jest, inni się chwalą, jakich to oni nie mają świetnych ludzi itd. A ja z waszych prac zrobię wernisaż, to chwyci.

– ???

– Hahaha! Taki żart! Oczywiście jestem Jedynym Bogiem. Nie ma żadnego zjazdu. No chyba, że sam wymyślę innych bogów i będę przed nimi brylował.

Cóż mieli począć ludzie, każdy zasiadł do pisania. Skryb, skryb. Ziemia skrybów. Bo scribo (-ere) to po łacinie pisać.

Gdyby to był film, okazałoby się na drugi dzień, że wypracowania ludzi były tak kiepskie, że Pan Bóg bardzo by się wkurzył i puścił ziemię z dymem. Cudem ocalałaby jedna praca, zawieruszona pod stołem lub w pościeli. Jej autorką byłaby Jastysis, zwana dalej Autorką. To jednak nie jest film, tylko kształtne znaczki nazwane literami, tworzące słowa. Tu się patrzy przez długi czas na znaczki. Tu siadamy wygodnie w cieniu akacji, rozprostowujemy kartki, upewniamy się, że kawa jeszcze nas nie opuściła i… czytamy.

*

Pewne Małżeństwo, niedawno poślubione, żyło sobie spokojnie w maleńkim mieszkanku z widokiem na las. Był to las drzew i las okien, jedne i drugie na tyle oddalone, że nie dało się dostrzec, co robi sąsiadka ani jak szybko stuka dzięcioł. Maleńkie mieszkanko było trochę za małe nawet dla dwóch zakochanych osób, które nie miały najmniejszego zamiaru rozpierzchać się po pokojach, tylko chętnie siedziały obok siebie na kanapie albo na krzesłach przy okrągłym stole. Maleńkość mieszkanka miała jednak swój urok, bo czyniła życie przytulnym i jednocześnie jakby niedokończonym. Wszak Małżeństwo planowało przenieść się do dużego domu i tam osiąść. W takim dużym domu każdy miałby swój pokój i to było trochę straszne. Bo co, jeśli się od siebie odsuną? Jeśli zaczną nawoływać do siebie i widzieć się tylko w nocy w wielkim łożu z kołdrą 200 na 200, która miękko spływa po bokach, nadając wrażenie luksusu. Całkiem inaczej niż teraz, gdy muszą rozkładać łóżko, na którym tulą się pod węższą kołdrą. Żeby było ciaśniej.

Dziś wieczorem Jabn zasiadł jak zawsze ze swoją ulubioną maślanką. Trochę czytał, trochę pisał, maślanka stała sobie na stole, zupełnie bezbronna. Naprawdę, nic nie mogło ją obronić przed atakiem z powietrza, gdy Jastysis, ta szałaputna Jastysis, nachylając się wpakowała swoje długie włosy w sam środek kubka.

– Yyy, nie chciałam, nie chciałam!

– Co ty robisz, o rany?! – Jabn rozgniewał się bardzo, że była tak nieuważna. A przecież była tak mądra, inteligentna, jak mogła tak nie panować nad włosami, tak nie prze-wi-dzieć, że wylądują w maślance?! – Jak ja mam to teraz pić?

– No przepraszam… Ja wypiję i naleję ci nowej.

– Musisz pamiętać, że masz włosy! Że głowa nie kończy się na oczach!

Och, to było srogie. W pięknych zielonych oczach Jastysis zamigotały łzy, bo Jabn naprawdę był zły, a ona przecież nie chciała.

Nie odzywali się do siebie już do końca dnia. W łóżku leżeli obok, ale nie dotykali się nawet kawałkiem ciała. Za wąska kołdra była rzeczywiście za wąska. Jabn i Jastysis leżeli więc plecami do siebie, równolegle, by zimne niedobre powietrze nie wpadło pomiędzy nich. Gdy przyszedł Sen, bardzo się zdziwił, że leżą tak osobliwie. Ujął więc rękę Jabna i otoczył nim Jastysis. Jabn przysunął się bliżej, Jastysis wtuliła się w jego ramiona i Sen mógł spokojnie opowiadać swoje historie. Rano, gdy ocknął się Jabn, poczuł, że obejmuje swoją Jastysis i było mu bardzo dobrze. Ona chyba też się wtedy obudziła, przeciągnęła lekko, tak jak lubił. No nie był już zły na nią, nie.

Taki poranek po kłótni zdarzał im się już nie raz. Ten jednak był wyjątkowy, bo w końcowym efekcie dał im 200% szczęścia i radości. Przelotny pocałunek, niby od niechcenia i niechcący. Zmrużone oczy i ruch głowy mówiący dobrodusznie „Och ty, twoje postępowanie wczoraj było niewłaściwe”. Poranne minuty w ciszy. A potem mocny pocałunek na pożegnanie, bo Jabn wychodził wcześniej do pracy, i spojrzenie pełne porozumienia i jedności. Już wiadomo, że wieczorem będzie między nimi normalnie. Jednak nim Jastysis domknęła drzwi, usłyszała na odchodnym od ukochanego „Wyciągnij mięso z zamrażarki”. Śmiech, śmiech, śmiech! No jak tu go nie kochać. Popsuł romantyzm chwili? Nie, wysunął go na wyższe poziomy, odarł z wszelkich resztek sztuczności i konwencji. Tak jakby zjechał najpierw na dół na wielkiej łopacie, zagarnął ziemię i wzniósł się z nią wysoooko do góry. Dziwne wizje miała biedna Jastysis w tej chwili, czuła się po prostu szczęściarą, że ma tak naturalnie romantycznego Jabna. Mięso oczywiście rozmroziła, tak by mieli je gotowe na obiad, gdy wrócą z pracy bardzo głodni.

***

2 thoughts on “Jabn i Jastysis – wstęp i część I”

  1. Hahahaha mistrz! Dawno niczego nie czytałem z takim bananem na twarzy Dzięki Tula za Jabna i Jastysis, będę śledził ich losy z zaciekawieniem 🙂 Michał Larek mylił się, powiadam Ci, oby w porę zauważył ten błąd, to będziesz mogła mu wybaczyć 🙂 Radośniej idę teraz polecieć do Polski by zajrzeć tu niedługo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.