Tula scribit

Jabn i Jastysis – część III

Ostrzeżenie: Nie należy czytać na czczo, bo tekst może zbyt mocno podnieść poziom glukozy we krwi. Zawartość cukru w przeliczeniu na literę znacznie przekracza normy zalecane przez Polską Izbę Literacką.

Pewne Małżeństwo (wiadomo już, że Jabn i Jastysis) miało małą kanapę, którą na noc rozkładali jak łóżko. Mała była dlatego, że nie zmieściłaby się większa. A nie dlatego, żeby wszystko było małe dla zasady. Takiej zasady Małżeństwo nie miało w swojej księdze. Księga posiadała za to niezliczoną ilość innych zasad, które miały regulować ich wspólne życie. Każdy mógł stworzyć zasadę, zgodnie ze swoim charakterem i oczekiwaniami. Druga strona mogła zasadę przyjąć albo ją odrzucić i w to miejsce ustanowić swoją. Jedną z takich zasad była ta wprowadzona przez Jabna, że po umyciu naczyń gąbkę należy wykręcić, bo „nienawidzę, gdy po jakimś czasie ją biorę i jest taaka mokra”. Jastysis była przeciwko, bowiem w jej mniemaniu wyżymanie gąbki oznaczało marnowanie wody, która mogła się przydać przy następnym myciu. Bardziej zależało jej na tym, by Jabn nie wrzucał bezmyślnie okruchów do zlewu, tylko je ładnie spłukiwał, bo ona „tego nie-na-wi-dzi, gdy w zlewie leżą okruchy”. Tak więc niemal każdemu ustanawianiu zasady towarzyszyło wyrażanie uczuć obrzydzenia i nieznośna obojętność drugiej strony. Na szczęście Małżeństwo było na tyle zgodne i wielkoduszne, że respektowało same sobie narzucane zasady. Początkowo oczywiście kłóciło się przy tym i spierało, argumentując i dowodząc, ale po pewnym czasie proces ustanawiania reguł okrzepł i wystarczyło rzucić tylko:

– Kochanie? Zasada! – po czym następował opis, co należy robić albo czego nie. Druga strona kiwała głową tylko „Tak, tak…” i odchodziła zamyślona do swoich zajęć. Nawet niekonsekwencja w przestrzeganiu własnoręcznie wprowadzonych zasad nie była już tak pilnie śledzona i wytykana jak na początku, choć zawsze była mimo wszystko powodem do małych żartów.

W księdze zasad nie było nic o tym, że wszystko w domu ma być małe, ale kanapa taka była. Na niej Jabn i Jastysis leżeli wieczorami, ściśnięci i doskonale ułożeni tak, by żaden mięsień nie musiał pozostawać napięty i by można było się oddać błogiemu rozluźnieniu. Zanim przybrali najlepszą pozycję, trochę się wiercili, zwłaszcza Jastysis, która nie mogła się zdecydować, czy woli leżeć przodem czy tyłem do Jabna. Wiele zależało też od poduszek, nie mogły być zbyt twarde ani zbite w jednym miejscu, ani zbyt płaskie. Zdaje się, że Jastysis przypominała Księżniczkę na Ziarnku Grochu? Owszem, ale nie ze względu na poduszki, które w baśni były tylko metaforą. Tamta Księżniczka potrafiła zawsze odkryć, gdy było coś nie tak. Odkryć coś, czego tam nie powinno być. Książę pokochał jej przenikliwość i wrażliwość i wybrał na Jastysis, a inne odrzucił. Te, które nie zastanawiały się zbytnio, co wprawdzie nie jest cechą złą, ale nie mogły przez to zamienić życia Księcia w prawdziwą baśń. Jabn nie wiedział, że mógłby porównać swoją Jastysis do Księżniczki na Ziarnku Grochu, bo prawdopodobne jest, że nigdy tej baśni nie czytał. (Trochę mi szkoda Jabna, że wychodzi tu na jakiegoś ignoranta, ale skoro nie czytał, to po co kłamać, że czytał i to może jeszcze po duńsku, a jego ulubiony pisarz to ten z najbardziej egzotycznym nazwiskiem, byłoby to nie fair wobec Jabna i jego szczerych oczu).

Dla Jabna Jastysis była tylko zwykłą księżniczką i sam najczęściej nazywał ją szczurem, który przegryzie wszystko. Bo ona we wszystkim umiała znaleźć jakąś niespójność, nielogiczność, fałszywy zamiar. Przez to życie z nią było dla Jabna tak fascynujące, ale i męczące zarazem, gdy snuła te swoje pytania, na które nie znał odpowiedzi albo udowadniała ponad wszelką wątpliwość wyrachowanie na pozór życzliwych ludzi. Taki szczur z niej był. Jabn kochał ją ponad życie. Była dla niego bardzo czuła.

Tego dnia jednak jej czułość nie spodobała się Mężowi, bo chciał leżeć na kanapie we dwoje, odpoczywać, a ona zaczęła głaskać go po głowie. Nie mógł wiedzieć, że Jastysis robi to dla swojej przyjemności, bo uwielbiała jego włosy, kształt głowy, fakturę jego skóry, wyczuwalną gdy dotykała jej wewnętrzną stroną ręki poniżej nadgarstka. A Jabn był taki niedobry, wykrzyczał, wykręcają głowę:

– Nie głaszcz mnie po głowie! Nie lubię tego! Głaszczesz mnie, bo sama to lubisz i chciałabyś, żebym Cię głaskał!

– No… nie tylko dlatego.

– To może sama będziesz siebie głaskać, tak jak lubisz.

Jastysis skuliła się i posmutniała, bo dlaczego on jej tak powiedział? I jeszcze dodał na koniec:

– A ja nie będę siebie głaskał, tak jak tego nie lubię.

Czy naprawdę musi być absurdalnie, żeby było miło i bajkowo? Nie, nie, miłe absurdy są jak śladowe ilości orzeszków arachidowych w czekoladzie, bo te produkuje się w tej samej fabryce. Pod żadnym pozorem nie gloryfikujcie absurdów, bo staną się jak to ziarnko grochu pod stertą poduszek. Ćśśś, to tylko taka rada.

***

tutaj znajdziesz słowo wyjaśnienia, wstęp i część I

oraz część II.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.