Tula scribit

Jabn i Jastysis – część IX

Jabn i Jastysis pokłócili się.

Nie rozmawiali ze sobą od dwóch dni. Było to łatwe, każdy zajmował się swoimi sprawami, nikt nikomu nie wchodził w drogę. Sprawy skomplikowały się, gdy nadeszła sobota. Po porannym zataczaniu się po domu i obfitym angielskim śniadaniu Jastysis postanowiła sobie w główce, że „najpierw wytrę kurze, potem odkurzę, a potem pójdę do sklepu po zakupy”. Na chwilę poszła jeszcze do łazienki, namalować kreski eyelinerem, bo lubiła być umalowana podczas tych żmudnych i beznadziejnych czynności wnoszących chwilowy porządek. Sprzątanie miało dla Jastysis pewien sens, bo przywracało czystość. Co z tej czystości, jeśli brud i kurz tylko czyhały, żeby zaatakować od razu po posprzątaniu? Syzyfowa praca, chciałoby się powiedzieć, ale Jastysis nigdy niczego tak nie określała w proteście przeciwko nadużywaniu tego powiedzenia. W końcu Syzyf tylko wspinał się z tym kamieniem, szedł po niego na dół i znowu pchał pod górę. I tylko to do końca życia, które było, zdaje się, nieśmiertelne. To stokroć gorsze od tych rzekomo „syzyfowych prac”, które ludzie znają ze swojego, śmiertelnego bądź co bądź, życia. Podobno Syzyf, gdy patrzył na spadający w dół kamień, nabierał siły do wtoczenia go z powrotem na szczyt. I tak podobno jest z ludźmi, że gdy wszystko się sypie, spinają się w sobie i prą naprzód. Podobno, Jastysis nie była pewna, tak w każdym razie napisała w pewnym wypracowaniu szkolnym i dostała piątkę. Sprzątanie zaś było może i sensowne na krótką metę, ale w dłuższej perspektywie – beznadziejne.

„Brud i kurz zawsze nas pokonają”,

myślała Jastysis omijając szerokim łukiem drogocenny stateczek Jabna. „Już wiem, jest tyle książek dla pań domu, ja sama mam dwie, gdzie są rady, jak szybko i efektywnie sprzątać. Nie ma jednak książek ‘Jak urządzić dom, by się jak najmniej brudziło’. Bo przecież niektóre rozwiązania aż się proszą, żeby trzymał się ich kurz i brud i żeby to wyczyścić trzeba zużyć tyle wody, a ludzie w Sudanie nie mają co pić, że aż trzeba im studnie kopać. Ciekawe swoją drogą, jak ci biedni ludzie w Afryce przeżyli tysiące lat, żeby w końcu w XX wieku tak cierpieć. Jak oni się utrzymali w tej Afryce, co pili, co jedli, jak się leczyli bez lekarstw? Chyba nie mogło być tak źle, skoro niby wg teorii ewolucji z Afryki na podbój świata wyruszył człowiek. No nie wiem, może to Europejczycy i Amerykanie przynieśli choroby do Afryki, jeżdżąc na Safari, i dlatego jest taka tragedia. Aż się serce kraje na widok tych wychudzonych dzieci. Mógłby ktoś mi to wyjaśnić, najlepiej przyjść do mnie do domu, jakiś przewodniczący ONZ i dokładnie opisać, jak to tam było w przeszłości, jak jest teraz i kto jest winny. No dobra, o czym ja myślałam wcześniej? Aa, że sprzątanie jest beznadziejne. Jedna z nielicznych rzeczy, których nie da się zrobić raz na zawsze. Tak więc każde sprzątanie to robienie miejsca pod nowy brud. Już wiem, co zrobię, dokładnie zbadam sprawę i napiszę poradnik o brudowrogim domu. Bo Jabn zawsze mówi, gdy narzekam, że nie ma jakiejś książki, że powinnam ją sama napisać. Hm, ma rację… Jabn… Jabn?” Do uszu Jastysis doszło znajome buczenie. Jabn odkurzał.

Oczy Jastysis zwęziły się jak szparki.

„Ja to chciałam zrobić! No cóż, to pójdę do sklepu”. Pójście do sklepu samotnie było jedną z typowych oznak pokłócenia się, bo w czasach pokoju zakupy jedzeniowe robili zawsze razem. Nim Jastysis się przebrała, Jabn skończył odkurzać i wziął się za porządkowanie skupiska swoich ubrań, piętrzących się na fotelu od kilku dni i niemal żywych jak grupa Laokoona. Teraz Jastysis musiała rzucić komunikat z korytarza do pokoju na tyle głośno, by Jabn usłyszał, że idzie po zakupy. „Powiem, że idę po drobne zakupy, żeby nie myślał, że będę dźwigać jego maślanki i soki marchwiowe. Żeby tylko głos mi nie zadrżał, to zabrzmię lekko i trochę się przy tym ubiednię. Tylko żeby nie zadrżał.” Niestety:

– Idę…ykhmmm…[psia kość]…idę do sklepu po drobne zakupy.

„Jednak zadrżał i musiałam w trakcie odchrząknąć, ale beznadzieja. Oo, Jabn przyleciał z pokoju jak świnka, i co się tak śmieje, że niby co?”

– Ja chciałem iść po zakupy! Po odkurzaniu.

– To ja miałam odkurzać! Tak sobie ustaliłam, a ty mi się wtryniłeś.

– Siedziałaś w łazience, to wziąłem odkurzacz, a potem miałem iść po… właśnie, po drobne zakupy!

– Ojejej, i co się tak cieszysz, myślisz, że nawiązaliśmy kontakt i pójdziemy teraz razem i będzie już dobrze?

Jabn zwinnie objął Jastysis, nie mogła się wyrwać. Nie chciała. Usłyszała jego głos:

– Jeszcze się nie pogodziliśmy. Możemy się dalej kłócić. Do sklepu idę z tobą. Kupimy soki. Skończyły mi się. I maślankę.

Więc poszli.

W sklepie pokłócili się znowu, bo Jabn nabijał się z Jastysis i  tego jej „Idę…ykhmmm… idę do sklepu po drobne zakupy”, bo oczywiście usłyszał chrząknięcie, nie byłby sobą, tylko czatuje na takie małe sekundowe niedyspozycje.

Tego wieczoru już w łóżku Jastysis usłyszała jeszcze raz udawany cieniutki głosik Jabna:

– Idę…ykhmmm…idę do sklepu po drobne zakupy.

Tym razem się odcięła:

– Pamażesz mi w hiszpańskim? – i to z takim stężeniem miodu w przeliczeniu na słowo, że aż musiała iść ponownie umyć zęby.

 


Follow my blog on Follow on Bloglovin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.