Varia

Kryminałów nie czyta się wiosną (PIERWSZY ROZDZIAŁ)

pierwszy rozdział kryminału

Była sobie raz Królewna, pokochała Grajka.
Król wyprawił im wesele i skończona BAJKA.*

Grajek zdradzał swą Królewnę, w nocy pijał wino,
bił ją tym, co miał pod ręką, (uciekaj dziewczyno!).

POWIEŚĆ ta OBYCZAJOWA skończyła się rankiem,
gdy Królewna mu podała owsiankę z cyjankiem.

To był HORROR, lecz dziewczyna nie żałuje wcale
i skarpety szydełkuje, siedząc w KRYMINALE.

Kilka lat temu zapisałam się na kurs “Storytelling” w szkole Maszyna do pisania, założonej przez Katarzynę Bondę. Jedno z zadań na kursie brzmiało: napisać pierwszy rozdział kryminału, na luźnej podstawie prawdziwej historii opisanej oszczędnie przez Miłosława Czarneckiego w książce “Wydział” (rozdział pt. “Kopiec kreta”).
Historia, która zdarzyła się naprawdę: W małej miejscowości odbywa się zabawa. Nazajutrz w pobliskim sadzie miejscowi znajdują ciało dwudziestokilkuletniej Iwony, panny i matki 3-letniego dziecka, wiszące na linie zawiązanej na jabłonce. Sprawa wygląda na samobójstwo, ale wątpliwość wzbudza dziwne ułożenie nóg zmarłej. Niedaleko policjanci znajdują ślad buta pozostawiony na kopcu kreta. Zanim zdążą zrobić gipsowy odlew, kret rozkopuje ziemię. Mieszkańcy miasteczka mówią dobrze o Iwonie, tylko niejaki Ryszard krytykuje jej rzekomo niemoralne prowadzenie się. W toku postępowania okazuje się, że kobieta została zamordowana i była w trzecim miesiącu ciąży. W wyniku prowokacji Ryszard przyznaje się do winy, działał z zazdrości.

Tak wyglądałby pierwszy rozdział kryminału, gdybym była Camillą Läckberg w spódnicy (zamieszczam, bo wiosna jeszcze dosyć zimowa):

***

– Ludzie mówią, że utrata dziecka to największe nieszczęście. Ale czym jest mój ból w porównaniu z bólem tego dziecka, któremu zabili matkę? Jak to zrozumieć? Co ja mam teraz zrobić? Dlaczego Bóg do tego dopuścił? Dlaczego jej nie ostrzegł, żeby tam nie szła? – kobieta dość głośno wypowiedziała ostatnie słowa i uderzyła głową o drewnianą kratkę konfesjonału. W pustym kościele zabrzmiało to jak wystrzał armatni lub co najmniej huk, gdy wielki słownik angielski spada znienacka na ziemię. Trzy spośród pięciu kobiet obejrzały się odruchowo.

– Pani Alicjo… – zaczął mężczyzna nachylony po drugiej stronie, który mógł być tylko księdzem. Owszem, jeszcze młodym księdzem dumnym ze swej koloratki. Słowa musiały być odpowiednio wyważone, współczujące, ale i pełne napomnienia. – Wszyscy cierpimy na miarę naszych sił, a Bóg to nie aplikacja, która ostrzega o radarach. Oskarżać Boga, to jak kręcić pętlę na swoją szyję. – Oo, niefortunne porównanie. Przecież kobieta zginęła  powieszona na gałęzi.

Cichutkie „taak…” usłyszał od matki zmarłej. – Tak.

– Poza tym, o ile wiem, to Iwona sama targnęła się na swoje życie, dar od Boga. Ludzie mówią wiele i każdy słyszał, jak było, jak się prowadziła. Życie w grzechu, śmierć w grzechu.

Alicja poczuła, że jej serce bardzo się zdenerwowało na te słowa. Rozpędziło się i zaczęło skakać jak pszczoła w ciasnym pudełku. Gdyby miało żądło, wyleciałoby i wbiło się prosto w czoło tego głupka, kretyna i pajaca. – To prawda, że tak ludzie mówią. Ale ona po prostu nie miała męża, była młoda i ładna. Ja nie mam teraz córki, a Marysia matki. Ciągle płacze, nie chce chodzić do przedszkola. Wierzę w Boga i wierzę, że policja złapie tego gnoja. – Tu pani Alicja uznała, że więcej nie zniesie. I tak dużo ją kosztowało, żeby przyjść do kościoła, mówić o córce, wstrzymywać płacz. Teraz już chyba może zemdleć. Byle jakoś sprawnie, żeby się nie poturbować. Musi wyglądać naturalnie, żeby nikt się nie domyślił.

Ksiądz wyskoczył z fotela cucić panią Alicję. Co za baba, ciągle są z nimi kłopoty. I co ma teraz zrobić, rozpiąć jej bluzkę, zaciągnąć na ławkę? O, dobrze, inne baby tu lecą, zajmą się nią. Zresztą przyszedł Ryszard, stoi przy wejściu jakiś blady.

Po kilku nerwowych szeptach ksiądz opuścił niewiasty i jak zawsze otrzepał ręce w sutannę. Nie wiadomo, co kto dotykał.

– Musimy pogadać, chodźmy do ciebie – Ryszard powoli wypuszczał powietrze, tak jak uczyli na kursie rozwoju osobistego. Nawet zdenerwowany i bez krwi w twarzy był cholernie przystojny. Łukasz zawsze mu tego zazdrościł. Jako ten brzydszy brat nie mógł liczyć na uśmiechy losu. Żeby chociaż było ich więcej, tych gorszych, miałby jakieś wsparcie. Nawet planet w układzie słonecznym jest osiem. Ale nie, tylko Ryszard Lwie Słońce i on, marna ziemia. Na szczęście w Kościele nie patrzą na urodę i do seminarium dostał się od razu po maturze.

– Byłem na grobie tej wariatki. Spotkałem jej ojca z małą. Robi się coraz bardziej do mnie podobna. Ma taki sam kształt brwi i podbródka, dokładnie się przyjrzałem.

– A stary?

– Co stary? Nie jest do mnie podobny i nie wmówią mi, że jego też spłodziłem – zamiast spodziewanego rubasznego „hahaha” Ryszard kopnął starą szafę w księżowskim pokoiku, gdzie starannie się zamknęli. – Wiesz, co on powiedział? Że na raz stracił córkę i wnuczkę.

– Nie rozumiem – ksiądz mrużąc oczy spojrzał za okno, bo właśnie dostrzegł obcy samochód dziwnie manewrujący na pustej o tej porze ulicy.

– Ja też nie zrozumiałem. Ale potem zacząłem myśleć i coś mi się zdaje, że Iwcia mogła być w ciąży. Zupełnie nic nie było widać i w tańcu nic nie czułem, żeby brzuch miała większy, więc pewnie to dopiero początek, maksymalnie trzeci miesiąc… – jeszcze zanim Ryszard skończył, ksiądz poczerwieniał na twarzy na wspomnienie sprzed około ośmiu tygodni. Iwona przyszła wtedy do niego na plebanię, bo bardzo potrzebowała rady i uspokojenia. „To znowu się stało… więcej nie zniosę. Nienawidzę go. Matka mnie zabije” – płakała mu w koszulę. Pocieszał jak mógł. Czy to jego wina, że pocieszać mógł tylko w jeden sposób?

Ryszard przyjrzał się bratu, bo ten najwyraźniej go nie słuchał. W ogóle od jakiegoś czasu ciężko było się z nim porozumieć. Łukasza uwielbiały parafianki i pierwszokomunijne dzieci, ale między braćmi nie było już tej bliskości, co kiedyś, gdy razem chodzili na jabłka i bujali się na niższych gałęziach jabłonek. Kto dłużej wytrzyma, żeby nie spaść. Raz Ryszard o mało nie połamał nóg, bo gdy spadał dziwnie wygięły się w tył. Potem Łukasz z dnia na dzień zmienił się, stał się obcy, jakby zdystansowany. To się stało jakieś trzy lata temu, gdy całe miasteczko huczało od plotek o Ryszardzie i Iwonie. Ryszard podejrzewał nawet, że brat jest zazdrosny, ale to przecież niemożliwe – prawdziwy ksiądz z powołania.

Łukasz napił się wody. – Była tu jej matka. Nic nie wspominała o dziecku w brzuchu. To dziwne, bo poza tym wiele mi powiedziała. Wiesz, że policja miała ślad buta mordercy, ale został zniszczony przez kreta? Nie rozumiem, po co im kret u nas w miasteczku, przecież tu nie ma co szpiegować. I że się tak do tego przyznali, śmiechu warte.

– Może ściemniają – mina Ryszarda była sceptyczna – udają, że coś mają, żeby morderca popełnił błąd i sam się wydał. Ale nic z tego.

– Tak, nic z tego.

 

Duże, spracowane dłonie mocno ściskały stalową linę, podczas gdy mniejsze i delikatniejsze szukały czegoś w samochodzie. W końcu znalazły i wtedy one mogły trzymać dalej linę. Gdy dół był już wykopany, lina spadła na samo dno i przykryta świeżą ziemią wstąpiła w szeregi ukrytych dowodów. Jeszcze tylko trochę gałęzi z wierzchu i powinno być dobrze. Może się uda. Mężczyzna spojrzał na swoje dłonie, lina wryła się w nie i jeszcze było widać czerwone pręgi. To musi być straszne, gdy dusi cię takie coś, biedna Iwonka. W drodze powrotnej mężczyzna nie powiedział ani jednego słowa. Zatopiony w myślach, widział małą Iwonę, zaledwie czteroletnią, jak w pierwszej parze z małym Ryszardem prowadzi korowód w przedszkolnym przedstawieniu. Lubiła chodzić do przedszkola…

***

Już jutro na blogu druga część zadania – ostatni rozdział powyższego kryminału. Dopisek z przyszłości: tędy droga na skróty.

* Pierwsza zwrotka pochodzi z wiersza Janiny Porazińskiej “Bajka Iskierki”.

 


Czuję, że podoba Ci się mój fajny blog. Niechaj połączy nas internetowa więź!

Follow my blog on Follow on Bloglovin

 

Będę oszołomiona, jeśli udostępnisz ten wpis, klikając na f-jak-Facebook:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.