Ars vivendi

Lew, Czarownica i Szczurołap w szafie. Opowieści z korporacji

Chodź, opowiem Ci o mojej korporacji. To takie miejsce niezwykłe, gdzie mamy Lwa dumnego posadowionego w logo spółki matki. Strzeże przed wrogami firmy. Mamy też Czarownicę, czyli mnie (zielonookie kobiety dzielą się na takie, które są czarownicami i takie, które się do tego przyznają). A w szafie siedzi najprawdziwszy Szczurołap, certyfikowany przez samą Rattenfängerschule in Hameln. Wypuszczamy go raz w miesiącu, by grą na flecie skusił korposzczury do opuszczenia biura. Zawsze mu płacimy, wiadomo, inaczej bym tu teraz tego nie pisała.

Zawsze mi przykro, gdy w mediach wyśmiewana jest praca w korporacji. Że ludzie zawistnie konkurują, zdrowie tracą siedząc do 20.00 w biurze, sztywno się ubierają (kobiety latem w rajstopy) i na wszystko jest dwieście procedur. Może i są takie korporacje, ale to nie należy wyśmiewać, tylko współczuć. Tak jak współczujemy pediatrze, że codziennie tylko te dzieci chore na to samo jedno po drugim przyjmuje, ciuchów stylowych mu pod fartuchem nie widać, latem potem opływa w dusznej od 10 lat nieremontowanej klitce, papiery wypełnia i po pracy jeszcze na tajemnicze dobrze płatne obchody leci. I na etat ordynatora ciagle liczy, z innymi się porównuje. Podobnie (z niewielkimi zmianami – niektóre punkty są naturalnie N/A) można by opisać pracę nauczyciela, sprzątaczki, handlowca, żołnierza zawodowego, górnika, listonosza, wykładowcy itd. Nie zapominając o takich zawodach jak fachowiec i poliszer (takie wymyślił w “Państwach-miastach” mój kolega dawno temu; poliszer to rzekomo kelner, który polishuje sztućce przed wniesieniem ich na salę). Generalnie, korporer to praca jak każda inna, ma swoje wady i zalety. Jak mówi dewiza benedyktyńska – “ora et labora” – czyli po polsku “każdy orze jak może”.
Jako wady pracy w korporacji ludzie mający inne zawody wymieniają biura w formie dużych otwartych powierzchni, wypełnione komputerami, oraz podział obowiązków prowadzący do wytworzenia coraz węższych specjalizacji. Czy to są naprawdę wady? W fabrykach też pracuje się w halach i wszyscy już do tego przywykli, nie wyobrażamy sobie, że mogłoby być inaczej. Poza tym po łacinie “corpus” to organizm (liczba mnoga “corpora”), a ludzki organizm słynie ze swojej zaawansowanej budowy, gdzie narządy, komórki i inne takie mają swoje ściśle przypisane kompetencje.

Przejdę teraz do zalet, czyli opowiem, co praca w korporacji wniosła w moje życie.

Przede wszystkim to pierwsza praca, gdzie poczułam się jak w domu. To znaczy, że chyba byliśmy sobie przeznaczeni. Pamiętam jak dziś to uczucie pierwszego dnia, jakby mówiła “Czekałam na ciebie”. (Podobna rzecz, ale tym razem negatywna, przydarzyła mi się odtąd tylko jeszcze jeden raz, gdy z mężem spotkaliśmy na klatce obcego kota, leżał w kącie i patrzył gdzieś w bok. Gdy za chwilę znowu szłam klatką, już bez męża, kot usilnie się we mnie wpatrywał, jakby mówił “Czekałem, aż będziesz szła tędy sama”.)
W mojej korporacji pracuję z fajnymi osobami, które lubię i które dodają dużo uroku tej pracy. Zresztą, przy tak wysokiej liczbie pracowników i zachodzących od czasu do czasu roszadach (nawiasem pytając: co to jest roszada i z jakiej dziedziny pochodzi? Odpowiedź na końcu.) można wejść w zażyłości wedle upodobań.
Do pracy mogę przyjść o dowolnej porze pomiędzy 7.30 a 8.45 i wychodzę po 8 godzinach. To pomocne rozwiązanie ułatwiające pokonać chaos poranków i dojazdów oraz pozwalające załatwić czasem sprawy po południu w mieście.
W mojej korporacji nie ma układów rodem z dworu królewskiego, na które mam awersję po tym, jak pracowałam w specyficznej rodzinnej firmie.
Ścisłe trzymanie się kodeksu pracy daje mi tu poczucie bezpieczeństwa.
W mojej korporacji zmienna dynamika pracy dobrze współgra z moim charakterem. Raz jest “pianissimo”, siedzę skupiona, może nawet trochę ziewam. A raz “fortissimo”, następuje kumulacja pracy, spotkania, nie ma czasu prawie na nic, gwar jak na jarmarku.
Mam taką dziwną cechę, że widzę litery i cyfry jako kolory. Dlatego na co dzień moja praca jest bardzo kolorowa, bo cyfr jest sporo, nawet sporawo.
I teraz najważniejsze – coś,co przeniosłam do swojego prywatnego życia już na zawsze, mój hit. Otóż w mojej korporacji czynności do wykonania określane są jako procesy. Trochę brzmi to sucho, ale logicznie i ta logika się tu broni. Procesy pogrupowane są według częstotliwości występowania, dnia tygodnia oraz dnia miesiąca występowania, czy ostatecznego terminu wykonania. Czyli są procesy, które wykonujemy codziennie (niektóre zawsze rano); takie, które robimy np. zawsze we wtorki; zawsze w konkretny według kolejności dzień roboczy miesiąca, najczęściej pierwszy albo dziesiąty lub trzeci przed jego zakończeniem; zawsze 20. dnia danego miesiąca itd. Na tej bazie co miesiąc powstaje nowy terminarz, czy to nie fascynujące? Bardzo mi się podoba taki tryb pracy, ma w sobie jakąś naturalność i pierwotność, jak życie w zgodzie ze zmieniającymi się porami roku. Można poczuć się jak we wnętrzu takich książek jak “A lasy wiecznie śpiewają”, “Małgosia kontra Małgosia” oraz “Mansfield Park”, gdzie ludzie pracują według rytmu dobowego, tygodniowego, miesięcznego i rocznego. Rano wiedzą, co mają robić i odczuwają wewnętrzny porządek i spokój. Chociaż procesy i częstotliwości mogą się zmieniać, pozostaje zawsze rytm i ład. Brzmi zbyt sielankowo? To dobrze, bo tak jak i w życiu oprócz czynności z terminarza istnieją jeszcze tzw. wrzuty. Wrzuta to coś nieprzewidywalnego w swej formie, ale przewidywalnego w istnieniu. Wiadomo, że będą wrzuty i ktoś wyliczył, że stanowią nawet trzy czwarte obowiązków. A oprócz wrzut mamy też dłuższe czasowo projekty, na które trzeba samemu znaleźć czas pomiędzy jednym a drugim. I tak trwają te trzy – procesy terminowe, wrzuty i projekty. Zupełnie jak w życiu prywatnym.

Jeśli ten post będą czytać moje blond koleżanki z pracy, może pomyślą sobie: “Ależ też ech żesz laurkę wystawiła”. No to, żeby nie było za słodko, wymienię jedną rzecz, która nie podoba mi się w korporacji. Uwaga! Będę wymieniać!
Jest to… agenda. Spotkania albo szkolenia rozpoczynają sie od przedstawienia przez prowadzącego agendy, czyli planu zajęć. Brzmi to mniej więcej tak: “Najpierw powiemy o X, potem o Y, Z, Ź,a na końcu dojdziemy do Ż”. I to jest takie nudne, bo z góry wiadomo, co się będzie działo. To tak, jakby na początku filmu w kinie reżyser mówił nam: “Wiecie, to jest film o miłości. Najpierw oni sie przypadkiem spotkają i on się w niej zakocha, a ona go znienawidzi, potem ona weźmie ślub z jego bratem i wtedy dopiero go pokocha i bedzie żałować, ale będzie za późno, bo on zginie pod gruzami depresji”. Przy takim wstępie nie ma emocji, dreszczyku oczekiwania, zwroty akcji bledną.

W każdym razie moje opisywane tu zadowolenie z pracy w korporacji zasiało we mnie ziarno niepewności. A może to wszystko mi się tylko wydaje? Może powinnam po wyjściu z biura obrócić się raz bardzo szybko. Bo co, jeśli budynek znika za moimi plecami? Wtedy nie zdążyłby na nowo się skonfigurować. Brrr… Na razie nic nie będę lepiej robić. Jak przyjdzie lato, sprawdzę, czy budynek rzuca cień…

*

Słaby tekst napisałam? To po to, żeby pokazać, że jestem żywym człowiekiem i nie pisze tu żaden ghostwriter. Ja się zresztą boję duchów i tylko udaję odważną przed pewną małą dziewczynką, żeby jej jeszcze bardziej nie straszyć (na razie stanęło na tym, że duchy nie gryzą, bo nie mają zębów i w ogóle są tam daleko… w ciemności). Przy okazji polecam niezawodny sposó na ducha, który przekazała mi babcia – należy ducha z mocą i energią przekląć, nawet gdyby był to duch własnego dziadka.
W każdym razie droga do lepszych tekstów wiedzie przez Archiwum. Jak mówi boski Włoch: “Porzućcie wszelkie bieżące sprawy, wy, którzy tam wstąpicie”.

Aha, ten kot na klatce nic mi nie zrobił. Szkoda, mógł mi chociaż spełnić siedem życzeń. Ale to nie był Rademenes, tylko Ryszard.

Odpowiedź na pytanie o roszadę: Jest to ruch w szachach. Dotąd myślałam, że to po prostu zamiana miejscami króla i wieży, ale w Wikipedii wyczytałam, że to bardziej skomplikowane. Czyli źle graliśmy z mężem, losy niejednej partyjki mogły być zupełnie inne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.