Ars vivendi

Miej plannik i patrzaj w plannik – oto nadszedł zmierzch abordażu kalendarzy

rzeczy do zrobienia

Pamiętam bardzo dobrze pierwszy kalendarz, który dostałam od mojego dziadka. To był Tewo (lub Teno), a ja miałam wtedy 4 lata. Nigdy nie zapomnę jego okładki i zadrukowanych kartek. Kremowe, przejrzyste, gotowe, by zapisać rzeczy do zrobienia. Poczułam się jak ktoś zupełnie wyjątkowy…

W listopadowym wpisie o przydługim tytule “Człowiek wpisany w prostokąt – czyli kolorowe prapoczątki rozwoju osobistego” opisałam ideę wyznaczenia swoich obszarów życiowych, ujętych w zgrabny prostokąt. Odnoszą się do pól aktywności człowieka i obejmują zarówno płodne czarnoziemy, jak i leżące odłogiem bielice. Tak to wygląda:

W moim przypadku wszystkie obszary “świecą się” oprócz SZKOŁY. Skończyłam ze szkołami, a jeśli jeszcze kiedyś zdecyduję się na nowe studia podyplomowe (wolałabym nie), to podepnę je pod obszar UMIEJĘTNOŚCI, bo będą miały bardzo praktyczny charakter.

Moje obszary życiowe wyglądają zatem tak:

Obszary świecące się, czyli aktywne w moim życiu, dzielą się z kolei na 3 typy: A) te, gdzie jeszcze wiele mi brakuje, żebym była spokojna i zadowolona (tych jest osiem), np. GOSPODARSTWO, CHARAKTER, UMIEJĘTNOŚCI; B) te, gdzie już-już prawie osiągnęłam swoje cele (jeden); C) te obszary, gdzie najważniejsze, kluczowe cele osiągnęłam, ale nie pławię się tylko i wyłącznie w przyjemnościach płynących z tego faktu, bo każda udana zmiana na lepsze przynosi ze sobą nowe, bieżące problemy i zadania, typowe dla nowej sytuacji życiowej (nie będę tutaj nic zdradzać, żeby nie zapeszyć). Na własny użytek nazywam

A) wspinaczką, B) – prawie szczytem, C) – płaskowyżem.

Mam nadzieję, że można się wspiąć na płaskowyż? Nikt nie spadł właśnie z krzesła nad moją taterniczą ignorancją?

Tak na serio zaczęłam używać terminarzy dopiero na studiach i miały formę bardzo prostych kalendarzy. Chodziło o to, by wpisać termin jakiegoś ważnego nadchodzącego wydarzenia i nic więcej. Raz sama narysowałam sobie kredkami kalendarz w małym notatniku. Trochę był toporny, ale mnie się wtedy bardzo podobał i chętnie go używałam. Z czasem moje terminarze były coraz większe, aż doszłam do rozmiaru A4 – cały tydzień na jednej stronie, kolumny pionowe. Potem przerzuciłam się z powrotem na rozmiar A5, a teraz… nie mam kalendarza w ogóle. Jak to możliwe? Opowiem o tym w kolejnym wpisie (nie za tydzień, nie nie, to się stanie znienacka).

Już ponad 10 lat temu zaczęłam spisywać na ostatnich kartkach kalendarzy różne ważne

rzeczy do zrobienia,

które nie miały swoich wyznaczonych dat, ale chciałam o nich pamiętać, np.cytologia. Potem z czasem spisywałam sobie w tych miejscach pomysły na prezenty dla bliskich osób (w tym dla mnie samej), jakieś moje większe cele, przeróżne inspiracje do wypróbowania. Gdy rok się kończył, musiałam te wszystkie rzeczy przepisywać do nowego kalendarza. Jak nie miałam czasu, to korzystałam ze starego albo przepisywałam dopiero w maju. Z czasem zrobiło się tego tak dużo, że założyłam osobny zeszyt na takie bezterminowe ważne sprawy. Kocham zeszyty (zwłaszcza te o idealnej kombinacji okładki, szorstkości kartek, układu linii, sposobu otwierania i zapowiedzi pewnej tajemnicy), ale zeszyt ma swoje ograniczenia. Gdy zapisałam np. pomysły na prezenty albo filmy do obejrzenia i kończyła się kartka, musiałam przechodzić do następnej, ale następna była już zajęta przez jakiś inny rodzaj informacji, więc musiałam przeskakiwać dalej i tak brzydko to wyglądało, takie rozbite, nie podobało mi się, czułam dyskomfort.

To kilka z moich starych kalendarzy. Reszta ma bardzo zniszczone okładki, które bruździłyby na zdjęciu:

Na fali czczenia Excela jako cudownego narzędzia gromadzenia i przetwarzania danych, utworzyłam i ja w końcu skromny plik o skromnej nazwie Plannik, zabezpieczony równie skromnym hasłem dostępu. To było kilka lat temu i tak jeszcze trwam z tym Excelem, choć to już dawno niemodne, a niewątpliwie pozbawione wdzięku. Ma jednak taką przewagę nad zeszytem, że rzeczy do zrobienia można pisać w nieskończoność bez obawy o konieczność dokańczania na innej kartce.

Co też ja tam mam w tym Planniku?

Mogę powiedzieć, co mam w danej chwili, bo Plannik bardzo ewoluuje. Mam zatem arkusz z obszarami życiowymi – takie podsumowanie. Potem każdy kolejny obszar w osobnym arkuszu. Zawsze najbardziej obszerny był u mnie obszar DOBYTEK, bo chciałam mieć tyyyle rzeczy w domu. Z czasem mi się znudziło to kupowanie, jest takie bierne i w sumie trochę niewolnicze. Wielu rzeczy nadal nie mam i w ogóle o tym nie myślę. To pewnie skutek obcowania z jednym z moich trzech ulubionych blogów.

Gdybym miała podsumować, co ja tam wypisuję w każdym arkuszu, jaki charakter mają pozycje – to są to plany, które chciałabym zrealizować, tzw. rzeczy do zrobienia; inspiracje na prezenty; jakieś mniejsze podsumowania w danej dziedzinie – takie zestawienia; źródła informacji; informacje, które nie chcę, żeby przepadły; moje mniej lub bardziej mgliste marzenia; planery kosmetyczne i modowe; spis rzeczy do nauczenia się; wrzuty z wrogiego świata zewnętrznego; książki do przeczytania; rzeczy do jednorazowego wypróbowania; spis rzeczy pożyczonych (i nie odzyskanych, ech…); bardzo na miejscu będzie napisanie teraz “i tak dalej”, bo wymieniłam tu zaledwie cząstkę. W zeszłym tygodniu dopisałam na przykład do działu ZAINTERESOWANIA dwie rzeczy: polski folklor (ale taki prawdziwy, typu “- W moim ogródecku rośnie rózycka, napój mi dziewcyno mego kunicka. – Nie chcę, nie napoję, bo się kunia boję, bom jesce młoda”.) oraz nauka gry na saksofonie (po tym, gdy zagrałam na zabawkowym plastikowym i w dodatku srebrnym saksofonie pewnej małej dziewczynki).

Tak się prezentują niektóre nagłówki niektórych arkuszy (takie niewyraźnawe, bo liczą na zachowanie anonimowości):

Co mi to daje, że mam taki Plannik?

Z jednej strony spisałam w jednym miejscu i spisuję nadal to, co mnie interesuje (to się chyba nigdy nie skończy) i jest dla mnie ważne. Lubię takie samookreślenie. Wprowadza więcej porządku w życiu. Oczywiście nie porządkuje życia, które jest naprawdę jednym wielkim chaosem (jak moje obecnie), ale przynajmniej ten chaos ma jakieś ramy. Z drugiej strony jest ogromną bazą do wyznaczania swoich celów i zadań (nie, żeby celem mojego życia było stawianie sobie celów, ale przy tej mnogości zajęć nawet bujanie w obłokach warto zaplanować i picie kakao wieczorem, gdy z mężem brązowookim obmyślić trzeba nowe taktyki zagłady kotów z kurzu, które za blisko już podchodzą w stronę rodzinnego stołu). Bardzo pomaga w ważnych momentach życiowych lub w chwilach świetnych okazji, bo nie trzeba tracić głowy, tylko spokojnie zajrzeć do tych świętych tabeli. Uwielbiam mówić do mojego męża, gdy coś się uda (tak jakby spowodowane przez siły zewnętrzne) albo coś kupię czy zrealizuję:

“Miałam to w Planniku”

(a zatem w przypadku rzeczy może trochę dziwnych lub wyglądających na pierwszy rzut oka na kompulsywne istnieje uzasadnienie, że były od dawien dawna zaplanowane, czytaj: rozsądnie przemyślane). Rzeczy już nieaktualne można wyszarzyć lub skreślić i cieszyć nimi oczy. Ostatnio pousuwałam wszystkie poskreślane pozycje, bo było ich już zbyt wiele. To też jest zaleta Plannika – widać, ile się zrobiło, osiągnęło. Zwłaszcza wtedy, gdy ma się wrażenie, że nic mi się nie udaje, stoję w miejscu, a Pan Tarej przepływa obok na różowym flamingu.
Plannik w Excelu na komputerze nie jest tak łatwo dostępny jak zeszyt (i się tak przynajmniej nie gubi). Nie służy do codziennego zerkania, tylko co jakiś czas, gdy trzeba coś znaleźć, uaktualnić, poskreślać, dopisać. Jest jak księga ksiąg, matka matek, elementarz Falskiego i gliniane tabliczki, które Gilgamesz dostał od kosmitów, w jednym.

Od dwóch lat na początku każdego roku wypełniam dodatkowy arkusz o nazwie “Aktualności” (robocza nazwa na chwilę, która może zostanie na zawsze). Kopiuję tam pozycje z całego Plannika, które chciałabym już w tym konkretnym roku zrealizować. Po Sylwestrze patrzę sobie nonszalancko na te pełne nadziei rzeczy do zrobienia i widzę, ile mi się udało, a ile trzeba zostawić na kolejny rok. Tak jak np. zakup kaloszy Hunter, o którym pisałam w tekście “Zusammenfassung des Jahres”. Nawiasem mówiąc myślę, że to nie brak promocji mnie tutaj powstrzymuje, ale poczucie niegospodarności i nierówności społecznej, które niesie ze sobą cena tych wyrafinowanych butów do kałuży.

*

– Plannik ześ dziewcyno dobze wykonała.

Cóześ ty tam jednak głęboko schowała

na półecce z tyłu, takie kolorowe?

Paulu Kuejlu??? Cóz tez chodzi ci po głowie?

– Nie bede ja ci se z tego tłumacyła.

Paulu Kuejlu biedny pzecie jest cłecyna, 

ludzie wyśmiewajo, memy o nim piso,

a jam mu nie rada, mi Kuejlu zwiso.

– Na co ci dziewcyno kalendaz z tym panem?

– Chcę mieć ja kalendaz na wiek wieków amen.

No i mam ci ja jeszcze takie cudo.  Kupiłam, jak widać, siedem lat temu, zauroczona barwną okładką i ilustracjami jakby 3D. Nawet te poczciwie naiwne sentencje autora mają swój urok, całość to +10 do optymizmu. Kalendarz ma niestety beznadziejny układ dni, więc w ogóle go nie używałam i tak sobie leżał. Aż wpadłam na pomysł, by zrobić z niego Wieczny Kalendarz, to znaczy pisać w nim nawet do dziewięćdziesiątki. Jeśli coś wydarzyło się np. 19 listopada (a wydarzyło się), to wpisuję pod tą datą i dopisuję rok. Taki spis ważnych wspomnień, trochę lakoniczny pamiętnik. Może niektóre daty okażą się szczególnie szczęśliwe i w 2028 i w 2061? Może podaruję go kiedyś najmłodszej aktualnie prawnuczce? (Najstarsza dostanie srebra rodowe, a środkowe – suknie balowe).

 

PS Współautor pierwszej części tytułu tego wpisu odmówił komentarza z racji żywionej niechęci wobec miłośników solonych śledzi i swej wysokiej podatności na chorobę morską, która grozi mu nawet na suchym oceanie. A.M. dostaje rozstroju na widok byle przestworu.

PS 2 Mam nadzieję, że wszystko jasne z tym abordażem z drugiej części tytułu wpisu i stary kuternoga nie będzie się musiał w grobie przewracać. Zresztą, to niewskazane, bo z przegniłych kieszeni mogłyby mu powylatywać “talary! talary!”. Czyli wyjaśniło się w końcu, co ma papuga do kalendarza 🙂

 


Czuję, że podoba Ci się mój fajny blog. Niechaj połączy nas internetowa więź!

Follow my blog on Follow

2 thoughts on “Miej plannik i patrzaj w plannik – oto nadszedł zmierzch abordażu kalendarzy”

  1. Witam poszukuje kalendarza Madrosc Coelho i Przemiany moga byc uzywane brakuja mi do kolekcji tego autora cena do uzgodnienia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.