Ars vivendi

Motywuje mnie sułtan

koń

Kiedy następnym razem nogi młode i wiatry dobre powiodą cię do pokoju rekrutacyjnych rozmów, na pierwszym piętrze (drugie drzwi od schodów, przeszklone), i ze zdumieniem znajdziesz siebie w roli kandydatki na stanowisko wolne a oblegane, ducha swego nie trać, po dwóch godzinach mozolnego wywiadu nie wierć się, nie ziewaj, lecz nie mrugnąwszy ni okiem, ni drgnąwszy kończyną w pończochę odzianą, na kolejno zadane pytanie:

Co panią motywuje?

w te ozwij się słowa:

Sułtan.

– [zdumienie rekrutera] Sułtan??!

Tak, sułtan. Motywuje mnie sułtan.

***

Gdyby to nie był tylko Najmniej Popularny Blog w Polsce,

lecz dziarsko zrobiony film, to po tej mistrzowsko przez, powiedzmy, Jessicę Biel i Leonardo DiCaprio zagranej scenie, mielibyśmy napisy początkowe (reżyser, obsada) o długości tak wypośrodkowanej, abyśmy zdążyli przetrawić ten dziwny dialog i nabrać ochoty na więcej. Jako że jednak chwilowo nie produkuję filmów, zmuszona jestem opisać moją ideę w tym miejscu tak, jak to czynię od ponad roku w każdym miesiącu (z przerwą na sierpień). Bacz, że w tym oto momencie porzucam egzaltowany zafarb ze wstępu i teraz już łatwo będzie się czytać, normalnie.

***

Już dawno przyobserwowałam,

że gdy pojawia się w nas (tzn. ludziach) jakiś zamysł, chęć na coś, zamierzenie, to nasz organizm reaguje w jeden z tych trzech sposobów:

1. Cały organizm jest absolutnie “za”, popiera nas pełnią swego jestestwa, prze naprzód, nie zna strachu ani wątpliwości, przyklaskuje i wciąż nam w głowie rozbrzmiewa wielką pieśnią akceptu.

2. Organizm milczy. On słyszy, ale on się nie wypowiada. To nasza sprawa, jak postąpimy. On umywa ręce.

3. Z równie wielką jak w punkcie 1. siłą organizm stawia opór naszemu działaniu, zwłaszcza gdy jest ono jeszcze na etapie pomysłu, luźnej myśli w głowie. Nie, nie, nie. Gwałtowny spadek siły życiowej, prokrastynacja, zwątpienie, decyzyjny paraliż, wewnętrzne wyśmianie.

Ach, gdyby było tak łatwo i organizm aprobował wszystkie nasze pomysły bez szemrania… W 3/4 przypadków niestety zdarzają się dwie ostatnie sytuacje. Nie robimy wtedy tego, co byśmy chcieli, często nawet nie wiedząc dlaczego. Potocznie mówi się, że “nie mamy motywacji”. Czyli, innymi słowami, organizm sam nas do tego czegoś nie pcha.
Co zrobić zatem, żeby nie zrezygnować? Żeby zacząć, wykonać, dokończyć?

woda

Pomóc może wyobraźnia.

Jeśli bardzo chcę coś zrobić albo muszę, a “nie mam motywacji” (ale bidulka), to czasem wyobrażam sobie, że jeśli nie podejmę działania w tej chwili, to sułtan rozkaże wybić wszystkich ludzi w wiosce albo pojmać ich do niewoli. Może być też odwrotnie – jeśli się w końcu za coś zabiorę, to sułtan uwolni wszystkich uwięzionych podczas ostatniej napaści jeńców, jest wśród nich wiele kobiet i dzieci.

Dlaczego akurat sułtan? Skąd mi się to wzięło?

Rok 2001. Czytam książkę “Mikael Karvajalka. Mikael Hakim”, którą napisał Mika Waltari. (Nie wiem, jak się odmienia w dopełniaczu to fińskie męskie imię i dlatego tak dziwnie skonstruowałam poprzednie zdanie). Bardzo podoba mi się ta historyczno-przygodowa powieść, nawet bardziej niż “Egipcjanin Sinuhe”.
Rok 2009. Po raz pierwszy w moich myślach pojawia się sułtan. Jakoś dziwnie podobny do tej groźnej postaci z “Mikaela”. Udaję sobie, że uwolni mnie, jeśli pouczę się jeszcze dwie godziny zamiast iść spać, a potem żałować. Oszukany organizm nabiera werwy, ja “zyskuję motywację” i wszyscy zadowoleni.
Od tego czasu takie zabawowe udawanie stosuję, gdy chcę/muszę, a bardzo mi się nie chce.

To znaczy, chce mi się, ale jakoś mi się nie chce.

Na przykład gdy miałam w ciąży wypić ten okropny płyn na teście obciążenia glukozą i bardzo mnie odrzuciło, to prędko pomyślałam sobie, że jest II wojna światowa, siedzę w tajnym schronie razem z innymi. Wróg zaraz nadejdzie, żeby nas wymordować, dlatego szybko każdy musi wypić specjalny płyn, żeby się uratować, nie ma czasu, wróg już u drzwi, słychać ciężkie kroki. (Kto pił to paskudztwo, ten wie…)

Kiedy miałam przez pewien czas chodzić codziennie pieszo dosyć daleko, udawałam, że mieszkam w Bullerbyn i razem z Anną i Brittą przemierzam drogę do miasta na naszych bosych, szwedzkich nóżkach (Lisa zostawała w tym czasie w domu pomagać mamie, a Lassebosseolle był chory).

Gdy w pierwszym roku życia moje młodsza córka każdej nocy budziła się wielokrotnie i długo nie spała, to chodząc z nią po pokoju na rękach, do cna zmęczona i taka w ciemności samiućka, myślałam sobie, że gdzieś tam na świecie na pewno jakaś inna, równie padnięta kobieta chodzi w tej chwili jak ja ze swoim maleństwem. Od razu robiło mi się raźniej. A jeszcze jak sobie wyobraziłam, ile takich kobiet od początku świata lulało godzinami dzieci, przy czym miały gorzej ode mnie, bez udogodnień, bez wsparcia, bez nadziei… od razu +10 do motywacji, jak to się kiedyś mówiło.

Ja to się w ogóle zawsze czuję jakby na środku osi czasu i w centrum koła rzeczywistości.

kajak

Jeśli czeka mnie uciążliwa “wyprawa”, żmudne załatwianie istotnych spraw, udaję, że tak jak Aleksander Doba będę płynąć kajakiem przez Atlantyk. Gdzieś tam na końcu czeka mnie meta, powrót do domu. Tymczasem jednak zimna kipiel, przeciwne fale, ogromne tankowce, podejrzanie zerkające ryby.

Jak wszyscy wiedzą, sprzątanie to nie jest moje hobby (planuję zająć się nim czynnie na emeryturze). Jednak i ja niestety sprzątać muszę. Czasem wyobrażam sobie, że jestem biedną służącą w wielkim dworze, czyszczę podłogi od rana do nocy, świata nie widzę. Teraz właśnie hrabina nakazała mi posprzątać całe mieszkanie w zachodniej przybudówce, bo kuzyn z rodziną ma wnet przybyć, czasu mało, a jeszcze problem, bo się główna kucharka pochorowała. Hrabina sama ma pstro w głowie i nienarobiona, wyjechała nowym powozem z zagranicy sprowadzanym (jakieś nowoczesne łożyska) na próbną przejażdżkę. Już ja wiem, że w tym samym czasie sąsiad, wolny i majętny, też zwykł pola przemierzać (ponoć ruch na powietrzu złe duchy odgania) i ona chętkę na niego ma. Nic z tego nie będzie, po tym jak do naszej podkuchennej Lusi w konkury potajemnie uderzał, że Lusia zapłakana chodziła i do księdza, ale jak sobie hrabina nadzieje robić chce, to już jej sprawa. Prędzej konie na śmierć ochwaci, niż sobie męża wyjeździ. Ja w każdym razie ze sprzątaniem muszę się uwinąć, bo inaczej ze złości gotowa mnie na stryszku zamknąć, a tam wiadomo… duch jaśnie pani nieboszczki, co to z koniuszym Michałem wyimaginowane sztuki po stodołach odgrywała, jak się jej już całkiem po trzydziestce na stare lata pomieszało…brrr.

***

Długo mogłabym jeszcze wymieniać, co sobie naprędce wymyślam, gdy mi się nie chce; wyobraźnię mam większą niż konto w banku. Nie wiem jednak, jak długo możesz jeszcze czytać, czy chcesz.

Może właśnie bierzesz się za robotę

lub, odwrotnie, przekładasz odwieczne plany na Św. Nigdy, próbujesz ostatecznie zadecydować, może stawiasz nareszcie pierwszy krok (palce nie dotknęły jeszcze podłogi).

***

Kiedy następnym razem mimo nóg młodych i wiatrów dobrych ze zdumieniem znajdziesz siebie nie tam, gdzie być powinnaś, to znaczy w centrum działania, ducha swego nie trać, lecz po dwóch godzinach, miesiącach bądź latach mozolnej prokrastynacji, bicia się z myślami lub wewnętrznej niemocy, więcej się nie wierć, ze zmęczenia nie ziewaj, ale poprawiwszy pończochy, okiem starannie wytuszowanym jak nikt nie widzi w przestrzeń mrugnij i… co tam chcesz sobie wyobraź, może być sułtan, ocean, niewola egipska, matura z matmy, Stumilowy Las, brokuły. Już ty tam dobrze wiesz, co cię przeraża. I jak nic zmotywuje 🙂

***

koń

 


 

Follow my blog on Follow on Bloglovin

2 thoughts on “Motywuje mnie sułtan”

  1. Już zaczynam szukać w głowie wewnętrznego bacika… Potrzebny na gwałt bo mam na dziś do zrobienia zakupy, obiad i placek, pranie pokrowca na sofę, prasowanie, rozkładanie już wyprasowanego, nauka literek z młodszym, angielski że starszym, czytanie o sp. z o.o., pedicure, brzuszki do zrobienia 🙂 A póki co siedzę w szlafroku, kawka i blog… Sułtanieee, przybywaj!!! Aby chyżo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.