Varia

Sekrety Tuli – appendix do wpisów minionych (część II)

sekrety-tuli

O cóż też chodzi – tutaj dokładnie wyjaśniam. A w skrócie: teksty me doprecyzowuję, dopowiadam niezbędności. Nie trzeba znać bloga, by czytać, bo pogrubienia to cytaty z wpisów minionych (a nagłówki to ich klikalne tytuły).

ZUSAMMENFASSUNG DES JAHRES (SPOKOJNIE, TEKST JEST PO POLSKU)

Od wiosny codziennie między 6 a 6:30 uprawiałam dzielnie nordic walking.

Jeszcze trochę i naprawdę kupię kijki. Na razie oglądałam je w Internecie luźno na stronie jakiegoś sklepu. Takie podchody. Jeszcze tylko przeczytać cały Internet o tym, jakie kijki są najlepsze dla takiej osoby jak ja, zebrać oferty kijków, porównać, pokręcić nosem, wybrać wymarzoną parę, nie móc kupić przez kilka dni, bo musieć robić inne ważne sprawy życiowe, przypomnieć sobie, że chcieć i miało się kupić, więc szukać kartki z porównaniami kijków, nie móc znaleźć, szukać po omacku w Internecie wpisując strzępki nazwy wybrańców, miotać się, w końcu kupić bez pewności, czy to te, co miały być, ale już dobra, ważne, żeby kupić, a nie znowu 5 lat odwlekać, dostać kurierem paczkę z kijkami, nie rozpakować od razu, bo bać się podświadomie, że teraz musieć ćwiczyć, w końcu otworzyć, zakochać się i w końcu można chodzić po nordycku…
Dopisek z przyszłości, jako że pomiędzy napisaniem tegoż a teraz minęło trochę czasu: Jednak te kijki kupiłam i nawet zaczęłam chodzić. Myślałam, że to będzie ciekawsze, bardziej relaksujące, ale może po prostu jeszcze źle tymi ramionami macham?

*

Nauczyłam się strzelać z łuku i zakwalifikowali mnie do mistrzostw polski kobiet, które odbędą się przyszłej jesieni.

Znowu “Thorgal” się kłania i mój ulubiony numer pt. “Łucznicy”. Mój Mąż mówi, że jak tak bardzo chcę, to możemy kupić łuk i tarczę i będę sobie strzelać za miastem. Kochany Mąż… tylko dlaczego nigdy nie wspomina o strzałach?!

strzała

Zrobiłam w czerwcu patent żeglarza, po czym kupiłam od prowadzącego kurs starą żaglówkę i zaczęłam ją remontować (mąż mi pomaga, czasem nawet wychodząc na prowadzenie i degradując mnie do roli pomocnika).

To nie żart. Będę ten blog prowadzić tak długo, aż w końcu zamieszczę tu skan patentu. Tylko żaglówki nie kupię, nie mamy tyle miejsca w piwnicy.

*

Zrobiłam na drutach wymarzone poszewki na poduszki w kolorach złotym, srebrnym i szarym (gruby splot) i w ogóle dużo szyłam na maszynie (to bardzo proste, wystarczy zacząć).

Mam maszynę do szycia Zofia 2015 firmy Łucznik. Uszyłam 3 sukienki, do których sama skonstruowałam projekt. Wylatujący bębenek naprawiła mi pani z kursu szycia metodą “just click and go”.

*

W co drugą sobotę sprzedawałam na bazarze osobiście wyhodowane marchewki i zioła (zawiązawszy przy tym dużo znajomości wśród lokalnych handlowców żywym warzywem).

Przesada z tymi marchewkami. Hodowałam jedynie pomidory, rzodkiewki i szczypiorek na balkonie. I nie ja, tylko mój Mąż. Rzodkiewki ostre jak chrzan, pomidory słodkie jak jabłka. Czyżby ktoś podmienił nasiona w torebkach?

Obejrzałam wszystkie odcinki serialu “Wataha” na HBO oraz “Mój zwierzyniec” na TVP ABC.

Lubię aktora Leszka Lichotę, dawał radę w serialu “Prawo Agaty”. Uwielbiam pana dr Andrzeja Kruszewicza z TVP ABC. Chciałabym, żeby był moim wujkiem i na spotkaniach rodzinnych opowiadał o zwyczajach “mieszkańców łąk i lasów polskich”.

*

Wygrałam konkurs fotograficzny organizowany przez National Geografic w kategorii “Ludzie” (no dobra, zajęłam czwarte miejsce, bez nagrody).

Kiedyś napiszę post, do którego to zdjęcie będzie ilustracją.

*

Leciałam balonem na Dorocznych Zawodach w Locie Balonem na Odległość organizowanym niedaleko Dijon we Francji i po raz pierwszy w życiu prawie zemdlałam ze strachu.

Nie mam pojęcia, czy są takie zawody. Bałabym się lecieć balonem. Spojrzeć w górę na tę ogromną przestrzeń wypełnioną… helem? Jeju, czym? A jeśli na mnie spadnie? Pochłonie mnie… brr…

balony

Kupiłam termoloki i używałam ich w co drugą niedzielę począwszy od marca, dzięki czemu wprawiłam się tak dobrze w ich stosowaniu, że teraz włosy kręcą mi się na samą myśl o tym cudzie techniki.

Mam tylko prostownicę. Wiele razy przymierzałam się do kupna termoloków albo wymyślnych lokówek. Status jest taki, że używam zgrzewadła 1,57 razy w roku.

*

We wrześniu zapisałam się na serię masaży hawajskich, zostało mi jeszcze osiem wejść.

Polecam masaże lomi-lomi. Wspaniale rozluźniają. Efekt utrzymuje się do pierwszego wkurzenia na kłody pod nogi rzucane przez los, czyli około 30 minut.

*

Nie przeczytałam powieści “Komu bije dzwon” do końca, bo mnie zanudziła.

Miałam dobre intencje, starałam się, ale scena miłosna głównego bohatera z Marią załamała we mnie wszelką motywację. Jakby co, to było w 8 albo 10 rozdziale.

*

Nie kupiłam malaksera.

Tu wybór będzie trudniejszy niż kijki. I czy ja potrzebuję takiego kurzołapa? Kiedyś ludzie nie mieli malakserów i jakoś uczty wymyślne dla posłów zagranicznych urządzali. Na myśl o wyborze ostrzy boli mnie głowa.

*

Nie napiłam się ani razu likieru jajecznego.

Już się napiłam.

*

Nie przeanalizowałam raportu Gallupa, nie pojechałam w wakacje w góry i nie znalazłam granatowego stanika, który gdzieś mi się w domu zagubił (nie, za pralką go nie ma; podejrzewam, że to pożeracz skarpetek mógł się sromotnie pomylić).

Wyobraźcie sobie, że znalazłam ten granatowy stanik. A właściwie to mój Mąż dostrzegł go gdzieś pomiędzy rowerami a wiadrami. Mam taką teorię, że stanik jednak wpadł za pralkę, ale codziennie przesuwał się o kilka milimetrów, próbując uciec. Zmylił jednak kierunki i utknął biedak w krainie obcej, a nieprzychylnej tekstyliom.

*

Cały sierpień spędziłam z rodziną na Bornholmie, gdzie nie było wcale tak zimno, bo nasz skandynawski domek miał dobrą izolację z trawy pomieszanej z jakąś fioletową rośliną.

Byłam kiedyś na Bornholmie na wycieczce rowerowej. Dopłynęłam katamaranem z Kołobrzegu. Na wyspie w szprychy od roweru wkręcił mi się duński piesek.

Bornholm

Aby nie zostawić tego wpisu bez sensownej pointy, przytoczę na koniec staroafrykańskie porzekadło (w oryginale tylko trzy pojemne znaczeniowo słowa): “Dawno, dawno temu, gdy przodkowie lwów stawali się lwami, przodkowie antylop tylko stali i jedli trawę. Zatem teraz, gdy jakaś antylopa chce być jak lew, musi spiłować rogi, zapuścić grzywę i polować na współbraci”.

Sama wymyśliłam. Na podstawie mojego wyobrażenia o językach afrykańskich.

PPPPPP: PRAKTYCZNY PRZEWODNIK PO POMAGANIU POTRZEBUJĄCYM PRZY POMOCY PIENIĘDZY

Mam takiego kolegę Radka, który bardzo lubi pomagać innym.

Czy ja naprawdę mam takiego kolegę, to on już dobrze wie.

*
Z tego powodu ma wyrzuty sumienia, bo lubi robić coś, co wywołane jest nieszczęściem innych. Mówi: Jak można lubić pomagać?! To tak, jakbym skrycie cieszył się, że są potrzebujący.

No właśnie, czuję wewnętrznie, że moment, w którym polubimy pomaganie równa się podświadomej zgodzie na to, że zawsze będą istnieć jakieś nieszczęścia. Hm… W toku życia odkryłam, że istnieje wiele różnych powodów pomagania, nie wszystkie takie różowe jak zdjęcie firmujące ten post.
Przy okazji zachęcam do corocznego czytania aktualnej wersji tego raportu.

*
Teraz trochę magii…

To może podam przykład praktycznego wykorzystania tej matematycznej sztuczki.
Ktoś, dajmy na to, że brat kuzyna szwagra tego kolegi Radka, zakłada, że mając 100 zł chce wspomagać następująco:

dzieci chore – 50 zł
dorośli chorzy, którzy mają dzieci – 30 zł
dorośli chorzy bez dzieci – 5 zł
dzieci biedne – 6 zł
dorośli biedni – 4 zł
instytucje pomagające – 1 zł
schroniska dla psów – 1 zł
szczególne przypadki – 3 zł

Ten facet zakłada sobie na początku roku budżet charytatywny. Ustala z góry, że na pomoc przeznaczy 1500 zł. Więc dzieli 1500 zł : 100 zł = 15.
Teraz każdą przypisaną kwotę mnoży przez wspóczynnik 15, co daje:

dzieci chore – 750 zł
dorośli chorzy, którzy mają dzieci – 450 zł
dorośli chorzy bez dzieci – 75 zł
dzieci biedne – 90 zł
dorośli biedni – 60 zł
instytucje pomagające – 15 zł
schroniska dla psów – 15 zł
szczególne przypadki – 45 zł

*
A skoro już tak tu sobie publicznie rozmawiamy, to pamiętaj, ubieraj się ciepło, bo sroga zima idzie, żebym Cię bez czapki nie widziała!

Rzeczywiście, coś jest w tej czapce, że z nią się trudniej przeziębić. Najczęściej jest w niej nasza głowa. Tylko dlaczego ona tak zawsze przylega ściśle do włosów i ugniata je, spłaszcza, przykleja kosmyki do czoła. Nie znam całego Internetu na pamięć, ale czuję, że gdzieś tam, daleko, na pewno powstały już ładne czapki ze specjalnymi czaszami przestrzennymi na fryzurę. Coś jak ta cała Nefretete nosiła, spryciula.

czapka

JABN I JASTYSIS – CZĘŚĆ III

Wiele zależało też od poduszek, nie mogły być zbyt twarde ani zbite w jednym miejscu, ani zbyt płaskie.

Jakbym o sobie czytała. Ja też muszę mieć idealną poduszkę. Taką, że przy leżeniu głowa nie może być zbyt uniesiona do góry, ale też nie może leżeć na jednym poziomie z tułowiem. Trochę musi być ta poduszka skłębiona pod szyją, ale nie z przesadą. Na samym wałku pod szyję się nie wyśpię, bo to tak jakbym grała w filmie o japońskich samurajach. Poduszka moja musi bardziej wystawać po tej stronie, w którą jestem zwrócona leżąc na boku. Musi uginać się pod moją głową, współpracować. Jak to osiągam, że poduszka mnie słucha? Przede wszystkim śpię na poduszkach w rozmiarze 60 x 40 cm o tzw. średniej grubości. Przed położeniem się tak ugniatam poduszkę, potrząsam, wzburzam, aż będzie dobrze. Inaczej nie usnę. Nie usnę też w samochodzie i pociągu, gdy tułów ma być w pionie. Ani na leżaku, gdzie cały nacisk idzie w miednicę, nie można się wtulić.

*
Zdaje się, że Jastysis przypominała Księżniczkę na Ziarnku Grochu? Owszem, ale nie ze względu na poduszki, które w baśni były tylko metaforą. Tamta Księżniczka potrafiła zawsze odkryć, gdy było coś nie tak. Odkryć coś, czego tam nie powinno być.

Ja też tak mam… Nie wiem jeszcze, co zrobić z taką umiejętnością. Może to dlatego właśnie ludzie mnie lubią?

*

Trochę mi szkoda Jabna, że wychodzi tu na jakiegoś ignoranta, ale skoro nie czytał, to po co kłamać, że czytał i to może jeszcze po duńsku, a jego ulubiony pisarz to ten z najbardziej egzotycznym nazwiskiem, byłoby to nie fair wobec Jabna i jego szczerych oczu).

Egzotyczne nazwisko… może być przyczyną niejasności:

– Kupiłam wczoraj Murakami.
– Co z burakami?

LEW, CZAROWNICA I SZCZUROŁAP W SZAFIE. OPOWIEŚCI Z KORPORACJI

Chodź, opowiem Ci o mojej korporacji. To takie miejsce niezwykłe, gdzie mamy Lwa dumnego posadowionego w logo spółki matki. Strzeże przed wrogami firmy. Mamy też Czarownicę, czyli mnie (zielonookie kobiety dzielą się na takie, które są czarownicami i takie, które się do tego przyznają). A w szafie siedzi najprawdziwszy Szczurołap, certyfikowany przez samą Rattenfängerschule in Hameln.

W dzieciństwie oglądałam w ferie zimowe serial o dzieciach, które przechodziły przez szafę i tam był biały lew. Tak to zapamiętałam do dorosłości, bez tytułu, jako mgliste odczucie wciągającej telewizyjnej przyjemności. A potem się okazało, że to po prostu “Opowieści z Narni”.

O Szczurołapie po raz pierwszym dowiedziałam się w pierwszych klasach podstawówki, gdy był bohaterem jednego komiksu z serii “O przygodach Jonki, Jonka i Kleksa”. Też nie zapamiętałam imienia, nie wiedziałam nic o legendzie, tylko te szczury do skały i że facet gra na flecie. Potem mnie olśniło. Przedziwna historia.

Szczurołap

Zawsze mi przykro, gdy w mediach wyśmiewana jest praca w korporacji. Że ludzie zawistnie konkurują, zdrowie tracą siedząc do 20.00 w biurze, sztywno się ubierają (kobiety latem w rajstopy) i na wszystko jest dwieście procedur.

A w mojej korporacji nie trzeba nosić rajstop, a stylów ubierania się jest tyle, co kobiet, czyli dużo (faceci bardziej do siebie podobni). To dla mnie wielka zaleta. Nie znoszę sztucznych ograniczeń w ubiorze. W modzie stosuję zasadę jak lekarz “primum non nocere”.

*
Nie zapominając o takich zawodach jak fachowiec i poliszer (takie wymyślił w “Państwach-miastach” mój kolega dawno temu; poliszer to rzekomo kelner, który polishuje sztućce przed wniesieniem ich na salę).

A jako kolor na “i” kolega podał “inny”.

*
Jak mówi dewiza benedyktyńska – “ora et labora” – czyli po polsku “każdy orze jak może”.

Naprawdę znaczy “módl się i pracuj”, jednak wolę moje wolne tłumaczenie.

*
Podobna rzecz, ale tym razem negatywna, przydarzyła mi się odtąd tylko jeszcze jeden raz, gdy z mężem spotkaliśmy na klatce obcego kota, leżał w kącie i patrzył gdzieś w bok. Gdy za chwilę znowu szłam klatką, już bez męża, kot usilnie się we mnie wpatrywał, jakby mówił “Czekałem, aż będziesz szła tędy sama”.

Mój Mąż powiedział, że mam nasrane w głowie.

*
Mam taką dziwną cechę, że widzę litery i cyfry jako kolory.

Napiszę o tym osobny post, a tu wstawię wtedy żywy link.

kolory

I teraz najważniejsze – coś,co przeniosłam do swojego prywatnego życia już na zawsze, mój hit. Otóż w mojej korporacji czynności do wykonania określane są jako procesy. Trochę brzmi to sucho, ale logicznie i ta logika się tu broni. Procesy pogrupowane są według częstotliwości występowania, dnia tygodnia oraz dnia miesiąca występowania, czy ostatecznego terminu wykonania.

A tutaj i tutaj o moim zastosowaniu w praktyce.

*
Można poczuć się jak we wnętrzu takich książek jak “A lasy wiecznie śpiewają”, “Małgosia kontra Małgosia” oraz “Mansfield Park”, gdzie ludzie pracują według rytmu dobowego, tygodniowego, miesięcznego i rocznego.

Polecam dwie pierwsze książki. Trzecia jest trochę przyskąpawa w emocje, kupiłam ją tylko dlatego, że brakowało mi książek z różowymi grzbietami na półce (tak, należę do tych nudnych ludzi, którzy książki układają kolorami; najwyższe na brzegach, malejąco w stronę środka półki).
“Małgosię” czytałam jak dotąd 3 razy – w podstawówce, w liceum i około trzydziestki. Polecam – jeśli nie znacie, tego się na pewno nie spodziewaliście. Z kolei “Lasy” spodobają się… mmm… miłośnikom skandynawskich kryminałów? Nie. Fanom Tokarczuk i “Gry o tron”? Nie. Zwolennikom minimalizmu i slow life? Nie. Nie, nie, nie. No to komu? Myślę, że na pewno chaotycznym optymistom. W każdym razie warto się przekonać, co takiego mógł napisać człowiek o imieniu Trygve.

*
Wrzuta to coś nieprzewidywalnego w swej formie, ale przewidywalnego w istnieniu. Wiadomo, że będą wrzuty i ktoś wyliczył, że stanowią nawet trzy czwarte obowiązków.

Proponuję przez pewien czas spisywać wrzuty u siebie, jeśli tego nigdy nie robiliście i zobaczyć, ile tego jest. Jak to się zewsząd wciska. Jak to przeszkadza w realizowaniu rzeczy zaplanowanych. Jak to czas zajmuje. Wtedy łatwiej zrozumieć, dlaczego tak ciężko przeć do przodu.

*
W każdym razie moje opisywane tu zadowolenie z pracy w korporacji zasiało we mnie ziarno niepewności. A może to wszystko mi się tylko wydaje? Może powinnam po wyjściu z biura obrócić się raz bardzo szybko. Bo co, jeśli budynek znika za moimi plecami? Wtedy nie zdążyłby na nowo się skonfigurować. Brrr…

Przypomina mi się taki trochę straszny komiks “Yans”. Czy ktoś to w ogóle także czytał oprócz mnie i mojej nieperfekcyjnej koleżanki Hani?

*
Przy okazji polecam niezawodny sposób na ducha, który przekazała mi babcia – należy ducha z mocą i energią przekląć, nawet gdyby był to duch własnego dziadka.

Nie wiem, czy niezawodny, bo nie spotkałam ducha jak dotąd i jakoś nie reflektuję, dziękuję.

*
Aha, ten kot na klatce nic mi nie zrobił. Szkoda, mógł mi chociaż spełnić siedem życzeń. Ale to nie był Rademenes, tylko Ryszard.

Tak, tak, serial “Siedem życzeń się kłania. Mój ulubiony odcinek to ten, gdy przenieśli się w czasie do starożytnego Egiptu. I jak to możliwe, że mieli dwupiętrowe mieszkanie w bloku?!

*
Odpowiedź na pytanie o roszadę: Jest to ruch w szachach. Dotąd myślałam, że to po prostu zamiana miejscami króla i wieży, ale w Wikipedii wyczytałam, że to bardziej skomplikowane. Czyli źle graliśmy z mężem, losy niejednej partyjki mogły być zupełnie inne!

Wspominam, ile się nagrałam z dziadkiem w wojnę. Teraz dopiero domyślam się, jakie to musiało być dla niego nudne. Chyba nie ma bardziej monotonnej gry w karty. A jednak grał z uśmiechem. Ja też chcę być taka.

szachy

W SZRANKACH BAJKOKLETÓW

Może dziwny ten tytuł posta, ale tak mi się w głowie pojawił. Pewnie mózg w ułamek sekundy przeanalizował moje skojarzenia, doświadczenia i wspomnienia związane z #konkurs i #pisaniebajek. Domyślam się, że chodzi o komiks “Szranki i konkury” o dzielnych wojach Mirmiła oraz serię “Wierszokleci czy poeci” z sobotniego programu “5 10 15”.

Bajka dla misia Wawrzusia

Skąd takie imię w ogóle? Kojarzę książkę “Historia żółtej ciżemki”, a tam główny bohater Wawrzek, paradujący w rajstopach.

Gdy z chochlikami w koło tańczymy
i sił już nie mamy na więcej,
siadamy do stołu z przepiękną wróżką
i zupę zjadamy widelcem.

Tak… Naprawdę podałam raz dziecku zupę z widelcem i ono tak chwilę jadło, zanim się zorientowałam.

*
Leży Nastusia z misiem Wawrzusiem
pod kołdrą ciepłą, puchową,
a w środku księżyc chrapie w najlepsze.
Uwierzcie mi, daję słowo…

“Chrapać w najlepsze” – trafne określenie. Chrapiący ma innych gdzieś, liczy się tylko, żeby samemu spać i charczeć w możliwie nieregularny sposób, doprowadzając tym innych do szału. Precz z chrapaniem! Niech żyje cisza nocna!

*
Na końcu tego postu znajduje się zabawa w “Znajdź odniesienia” – oto rozwiązanie:

“Fabula rasa” (1)
Kupiłam dzieciom łóżka twardsze niż ze spiżu (2),
gdzie obu materacy forma niezwruszona
i opór sprężyn gładkich tak je gniotą w krzyżu,
że każda bajka odtąd zostaje nieskończona.

Nie wszystek usnę (3) – płaczą mi synkowie,
nic tu Morfeusz nie zdziała.
I chociaż początek bajki opowiem,
zbyt obolałe te ciała

na to, by słuchać historii ciekawych
i na to, by do snu krainy
udać się dzielnie na ogonie zjawy.
– Mamo, powiedz tacie, tu leżym, twe syny,
wciąż niewyspani do porannej godziny! (4)

Bo kości nasze znowu zostały rzucone (5)
na miękkie poduszki, okryte kołdrami,
lecz na co nam one, kiedy materace
są jakoby na nogach drewnianych głazami!

O czasy, o obyczaje (6) – serce matki szlocha,
więc wspomnę tylko słowa cesarza Wespazjana
i łóżka w sklepie zwrócę, bo dzieci me kocham,
a paragon wszak nie śmierdzi (7) (prawda, proszę pana?).

1) Tabula rasa – łac. niezapisana tablica; określenie na czystą duszę ludzką zaraz po urodzeniu
2) Wybudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu (Exegi monumentum; początek jednej z pieśni Horacego)
3) Nie wszystek umrę (z tej samej pieśni)
4) Przechodniu, powiedz Sparcie: Tu leżym jej syny, prawom jej do ostatniej posłuszni godziny. (napis na grobie Leonidasa, autorstwa Symonidesa)
5) Kości zostały rzucone – łac. alea iacta est; słowa Juliusza Cezara po przekroczeniu Rubikonu (taka rzeka)
6) O czasy, o obyczaje – łac. o tempora, o mores; cytat z przemowy Cycerona
7) Pieniądz nie śmierdzi – łac. pecunia non olet; tak cesarz Wespazjan bronił swojej decyzji o opodatkowaniu toalet miejskich

sekrety-tuli

 

Do zobaczenia! Za kilka miesięcy kolejna część Sekretów Tuli 🙂

 


Follow my blog on Follow on Bloglovin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.