Ars vivendi

Słowa o potędze (jak poradzić sobie z krytyką bloga i nie tylko)

jak poradzić sobie z krytyką

Dobrze mieć blog, bo można się pożalić całemu światu na to, co ukryte przed oczami sąsiadów.

Na początku kwietnia nie napisałam jednego postu. Opuściłam wpis, który powinnam opublikować wedle mojego terminarza. Teraz wprawdzie też tak się stało, ale to dlatego, że byłam bardzo osłabiona i ostatecznie rozchorowałam się na anginę. Wtedy w kwietniu pewna osoba bardzo intensywnie krytykowała mój blog. Odbywało się to w licznych bezpośrednich rozmowach, a bardziej monologach tej osoby do mnie. Właściwie każdy może krytykować, co tylko zechce, ale tamta sytuacja mnie bardzo ubodła, bo miała miejsce głównie w domu. Oczywiście uwierzyłam w każde słowo tej osoby, bo zwykłam jej wierzyć. Tak naprawdę to jemu, bo to płeć męska.

Co powiedział ten samozwańczy “mędrzec”:

– Standardowo zaczął, że mój blog jest beznadziejny.

– Skoro beznadziejny, to po co go pisać. Lepiej przestać. Najlepiej już.

– I tak nikt tego nie czyta.

– Jest lamerski, ma amatorski layout. Nie to co inne popularne blogi.

– Posty nie mają sensu. Nic nie wnoszą. Nie są nikomu potrzebne.

– Zamiast marnować czas na blogowaniu, powinnam zrobić coś konstruktywnego.

– Tracę tylko cenny czas pisząc te dziwaczne teksty. Powinnam robić w zamian coś innego, niezbędnego. Tu wytknął mi wszystkie niedociągnięcia: że nie dosyć posprzątane, mogłabym lepiej gotować, bardziej zadbać o siebie, zrobić coś dla innych, zająć się dziećmi, które płaczą.

– Dorosła kobieta powinna w ogóle zajmować się poważnymi sprawami (np. słuchaniem jego wywodów).

– Jeśli już chciałam pisać blog, to powinnam to robić profesjonalnie, a tak to tylko przynoszę wstyd sobie i jemu.

– Najwidoczniej to nie jest dla mnie, jestem za głupia. Nawet prostego bloga porządnie nie potrafię prowadzić.

– Nic dziwnego, od zawsze wiedział, że jestem gorsza. Od kogo? Od każdego.

I tak dalej w podobnym tonie, codziennie, od rana do wieczora.

W końcu wręcz stworzył we mnie nastrój smutku i zniechęcenia, któremu się poddałam. Nic nie napisałam, tak jak zakazał.
Nie jestem aż tak głupia, trochę próbowałam walczyć. Coś tam czytałam kiedyś, jak poradzić sobie z krytyką. Ale gdy tylko zasiadałam do stworzenia wpisu (nieważne czy w dzień, czy w nocy), zaczynał mnie straszyć, że przecież nie dam rady. Nie mam pomysłu. A jeśli mam, to pomysł na pewno jest godny politowania jak te poprzednie. Cokolwiek napiszę, to będzie to beznadziejne. Beznadziejne –  jego ulubione słowo. Zawiera w sobie niemożliwość progresu. Czyli że już zawsze tak będzie.
Uspokoił się dopiero, gdy zobaczył, że zrezygnowałam. Osiągnął swój cel.

Wiecie, dlaczego udało mu się tak na mnie wpłynąć?

Znam go od tylu już lat. Od tylu lat spędzam z nim wiele godzin każdego dnia. Zna mnie na wylot, głównie moje słabe punkty. Na początku znajomości był wpatrzony we mnie, pomocny, ostrzegał mnie przed fałszywymi krokami. Ale z czasem było coraz gorzej. Przytyki, wtrącenia, zniewagi, straszenia. Na szczęście mnie nie bije. Wiem, że mną manipuluje, ale nie potrafiłam się od niego jak dotąd uwolnić.

Co zrobiłam? Jak sobie poradziłam?

W końcu przecież napisałam kolejny post i kolejne.
Pewnego dnia pomyślałam sobie, że jestem jak człowiek, który ciągle moknie, bo chmura przesuwa się stale tuż nad jego głową. A dookoła mniej lub bardziej zadowoleni ludzie (jak to w życiu) cieszą się ładną pogodą. Zrozumiałam dobitnie, co to znaczy mieć kulę u nogi albo cegły w plecaku. Po prostu on mnie zamknął w domowym więzieniu i pastwi się. To nie ja jestem nikim. To on beze mnie sobie nie poradzi, patałach i słabeusz.
Nie chciałam przygotowywać misternego planu ucieczki jak Papillon (czyli Motyl) na ławeczce Dreyfusa, hrabia Monte Christo albo skazany na Shawshank. Zresztą, dlaczego to ja miałabym uciekać? Mnie tu dobrze, tu jest moje miejsce.

Stopniowo zaczęłam odpierać jego słowne ataki.

Również słowem – logiczną i spokojną kontrargumentacją. To go rozsierdziło jeszcze bardziej. Mówiłam na przykład:

Beznadziejny blog? To nie jest możliwe. Choćby był najbardziej nudny i niszowy lub odwrotnie, taki jak wszystkie. Blog jest z natury rzeczy internetowym pamiętnikiem, może więc być jaki chce.

No tak, ale ty chciałabyś, żeby podobał się wszystkim. (to kursywą, to jego słowa)

No pewnie i podoba się bardzo wielu osobom. Z miesiąca na miesiąc czytelników przybywa. A mój post z memami pobił rekordy popularności wśród maturzystów.

Co do layoutu, jestem świadoma jego ograniczeń, ale podoba mi się bardziej od innych podstawowych szablonów WordPressa i pasuje do mojego charakteru.

Moje posty sprawiają czytającym przyjemność i budzą refleksje. Odpowiadają na jakąś cząstkę ich natury, która potrzebuje tych właśnie słów, aby wywołać w głowie odpowiednie obrazy.

Nie muszę przestać blogować, żeby zrobić coś konstruktywnego. Przede wszystkich poświęcam czas na to, co powinno być zrobione codziennie jak przykładna i typowa matka Polka, a w czasie wolnym piszę posty.

A niby ciągle mówisz, że nie masz czasu.

Nie mam na te wszystkie moje zainteresowania, których jest coraz więcej. Mam czas na rzeczy ważne.

Ciekawe?! Kiedy ostatni raz upiekłaś ciasto?!

A po co… On i tak nigdy nie je moich ciast…

I kiedy jednego dnia tak brzęczał nade mną jak zwykle, przestałam go nagle słyszeć. Widziałam, jak mówi, ale słowa nie docierały do mojej świadomości. Cofnęłam się o kilka kroków, przyjrzałam mu się. Zwróciłam uwagę na to, co umykało mi wcześniej. Ta jego blada twarz, podkrążone oczy, wykrzywione wargi. Jaki jest przygarbiony od tego siedzenia mi nad uchem. Wygląda choro i staro. I ta jego biała zakurzona peruka. Ten żabot. Czerwone rajstopy. Myśli, że jest barokowym dworzaninem we francuskim zamku. Co za świr! Wtedy odkryłam,że on nie ma nade mną żadnej mocy i jest po prostu… śmieszny!

Podeszłam i prosto w to zakręcone ucho krzyknęłam mu tak:

jak poradzić sobie z krytyką

Co można na kulturalny język polski przetłumaczyć jako:

– Jeśli jestem tak beznadziejna, to niech sobie idzie. Najlepiej do innej i ładniejszej.

– Niech sobie idzie tam, gdzie pieprz rośnie. (Nawet sprawdziłam w encyklopedii, że pieprz rośnie głównie na Archipelagu Malajskim. No dobra, sprawdziłam w Internecie).

– Jak już tam będzie, niech się zatrudni na plantacji pieprzu i zobaczy, co znaczy prawdziwe życie, darmozjad jeden.

– I niech po pracy pisze blog na potrzebne tematy, jak moda męska, parenting, kosmetyki, couching, blogowanie, recenzje książek. Haha, on w życiu ani jednej książki nie przeczytał, nawet swej polskiej pierwszej czytanki.

– Niech ten jego blog będzie blogiem wzorcowym, skoro jest taki mądry.

– I najważniejsze: Codziennie będzie musiał 500 razy pisać długopisem w zeszycie: Jestem beznadziejny. Aż w końcu w to uwierzy, skunks jeden, bo wiara bierze się ze słuchania. Oczywiście najpierw będzie musiał nauczyć się pisać ręcznie. W tym wieku to wstyd nie umieć, skrzętnie to ukrywa. W życiu nie napisał nawet listy zakupów.

Jeszcze coś tam pewnie było, już nie pamiętam. Patrzcie, jaka ta kultura to jednak przedziwna. Na tyle słów zamieniła moje jedno bezecne wykrzyknienie.

W każdym razie wystraszył się. Nie spodziewał się po mnie takiej siły.

*
I wiecie co?

Od tego czasu się do mnie nie odezwał. A w końcu rzeczywiście poszedł sobie.

*

A wiecie, dlaczego?
*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

Bo tak właśnie należy rozmawiać ze swoim WEWNĘTRZNYM KRYTYKIEM.

😉

 


Czuję, że podoba Ci się mój fajny blog. A zatem?…

Follow my blog on Follow on Bloglovin

 

Będę oszołomiona, jeśli udostępnisz ten wpis, klikając na f-jak-Facebook:

8 thoughts on “Słowa o potędze (jak poradzić sobie z krytyką bloga i nie tylko)”

  1. Brawo! Dobrze jest podnieść głowę i patrzeć światu prosto w oczy. A dziada w czerwonych rajstopkach wykopać 🙂 To żaden krytyk, to przebrana Depresja. Nie słuchać jej!!!

    1. Z tym patrzeniem prosto w oczy to nie tak łatwo, jak się ma trochę zeza (troszunię). Ale może dzięki temu łatwiej spojrzeć na problemy pod innym kątem 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.