Varia

Wół w windzie – czyli co by było, gdyby znaleźli wtedy miejsce w gospodzie

Wymyślanie alternatywnych wersji przeszłych zdarzeń wciąga bardziej niż sudoku o średnim poziomie trudności. Spróbujmy wyobrazić sobie, co by było, gdyby jednak znalazło się dla Nich miejsce w gospodzie? Pewnie nie w najprzedniejszej, raczej pośledniej, takiej bez gwiazdek…

Właściciel gospody długo nie mógł dojść do siebie i nawet prawnuki znały bardzo dobrze tę opowieść o dziwnych wydarzeniach, kiedy to dziadek miał zacnych i niespodziewanych gości, aż konkurencja zzieleniała z zazdrości.

Najpierw nic się nie działo, jak zawsze. Aż tu nagle mnóstwo ludzi porezerwowało pokoje pod koniec grudnia. Siedział na zapleczu i liczył pieniądze, które zarobi wkrótce w tym czasie. “Mamy komplet!” mógł powiedzieć matce, żeby widziała, że jednak dobrze, że zajął się hotelarstwem, a nie że ma robić karierę w pałacu namiestnika, jak to ona chciała dla niego. Sielanka trwała dwa tygodnie, bo oto nagle klienci zaczęli jeden po drugim rezygnować, aż zostały same niedobitki (chudy żołnierz rzymski z dziewczyną, baba z trojką dzieci, jakieś dwa małżeństwa, stary dziadek w podróży poemerytalnej i to wszystko). Nic tylko się załamać. Więc tak przysypiał załamany w recepcji, ręce splecione na brzuchu, potem leżące na blacie, a głowa zatopiona w nich jak w ortopedycznej poduszce. Nagle dzwonek, wchodzi facet z długa brodą. Nie, nie Św. Mikołaj, to jeszcze nie te czasy.

– Niech będzie pochwalony Je… ekhm, to znaczy… dzień dobry…

Facet był speszony z początku, ale wnet się rozprostował, posmyrał brodę i pyta, jakby deklamował rolę na scenie:

– Jadę do Betlejem z brzemienną żoną na spis ludności. Czy są dla nas miejsca w gospodzie?

– Tak!!!

Facet podskoczył, jakby go osa użądliła. Przez chwilę jakby nie rozumiał, co do niego mówię.

– Jest – pan – pewien?

– O panie, jestem właścicielem tej gospody od dwudziestu lat. Kto ma wiedzieć, jak nie ja? – czy zabrzmiałem wystarczająco godnie? Matka byłaby ze mnie dumna.

– No… dobrze… hm… to nie wiem, co zrobić. To chyba idę po żonę. Czeka przy stajence… Hm hm… Chyba nic się nie stanie, jak się tu prześpimy, do porodu jeszcze kilka dni…

Dziwny był ten jegomość, choć dobrze patrzyło mu z oczu. Żonę przyprowadził, osiołka zgrabnie zaparkował. Trochę podpadł mi przy zapisie (- Imię? – Józef. – Nazwisko? – Stary.), ale co tam, grunt, że zapłacił z góry. Ulokowałem ich i przez trzy godziny nic się nie działo, cicha noc, spokojna noc. Aż tu nagle jak ta żona nie zacznie rodzić! U mnie w gospodzie! Oj trwało to, trwało pół nocy. Nawet pomagałem – zagotowałem gorącą wodę. Wprawdzie nie wiem po co, ale tak zawsze robią na filmach. A Józef dzielny chłop, sam zarządzał porodem, aż w końcu słyszę – dziecina kwili, matuleńka lili. To myślę, już po wszystkim. Zacząłem przepraszać  gości i uspokajać, że teraz już będzie można spać. Chociaż żołnierz z dziewczyną spał ciągle jak zabity (może to makabryczne przyzwyczajenie z okopów). W holu zderzyłem się z Józefem “Jest Syn!!! Chce pan zobaczyć?”. No pewnie, lubię małe dzieci, takie cudeńka. Wchodzę, a tam oj maluśki, maluśki, maluśki, kieby rękawicka, leży z Matką na łóżku. Ona wyczerpana, ale szczęśliwa widać. Dzieciątko spało. Wtem wchodzi Józef i coś dźwiga. Patrzę – żłóbek ze stajenki. Bierze dzieciaka i w tym żłóbku kładzie. Myślałem, że stary z tego wszystkiego zwariował, jakiś szok poporodowy, ale Matka nie protestowała, a Dziecina w pieluszki spowita, w żłobie położona, dalej smacznie spała.

To poszedłem na dół, golnąć sobie. Mam tam w recepcji skrytkę, a w niej coś na specjalne okazje, własnej roboty. No i zasnąłem znowu, w końcu jeszcze noc była. Śpię, śpię, aż tu nagle hałas przy drzwiach, jakieś pokrzykiwania, porykiwania, “Bracia, patrzcie jeno! To tutaj, mówili, że pod siódemką!”. I nagle gramoli się przez drzwi wejściowe cała czereda, pastuszkowie, owce, na końcu wół, nawet ten Józefowy osiołek się pod nich podłączył.

– My do Nowonarodzonego!!!

Dobrze, że się wcześniej znieczuliłem, bo by mnie szlag trafił. A tak to tylko rzuciłem “Pierwsze piętro, ostatnie drzwi. Schody nie działają, trzeba jechać windą.” Pasterze czym prędzej pobieżeli do windy, choć ciężko było się z całą trzódką zmieścić i musieli partiami. Wół obrócił kilka razy w górę i w dół, specjalizując się w naciskaniu prawym rogiem na guzik. Rwetes i gwar nie pobudził gości, bo i tak było ciszej niż podczas niespodziewanego porodu i pierwszego płaczu małego Dziecięcia.

Już mi było wszystko jedno, że dywan pobrudzą, to się wypierze, jak już ten spis przeminie. Po co zresztą takie spisywanie i ten Józef tak gnał młodą żonę ponoć 150 kilometrów. Czy ktoś wiedział, że Józef urodził się w Betlejem? Mógł podać, że w Nazarecie, to nie musieliby jechać w końcówce ciąży. No, ale żyjemy w czasach starożytnych, nie ma jeszcze najstarszych Polaków i nikt tak nie kombinuje.

Co tam się działo u góry nie wiem, cicho się zachowywali i znowu przysnąłem. Myślicie, że spałem do rana? A gdzie tam, budzi mnie dzwonek. Otwieram jedno oko, a tam łapa z pierścieniami do książki hotelowej się wpisuje. Patrzę dokąd ta ręka prowadzi – głowa w koronie! A niech mnie – prawdziwy król! U mnie w gospodzie! Matka padnie, jak jej opowiem.

– Przepraszam, czy pan jest królem?

– Tak, koledzy też. My tu jesteśmy trzej królowie, ze Wschodu przybylim. Mamy dary dla małego Jezusa z okazji narodzin, taki spóźniony baby shower.

– Pierwsze piętro, ostatnie drzwi…

– Chodźcie monarchowie, chcemy widzieć Dziecię… A pan niech zaparkuje nasze wielbłądy i da im coś jeść. Tylko nie owies, to dobre dla koni i ludzi w XXI wieku na śniadanie.

I poszli do Niego. Dziwnie się w książce wpisali: C + M + B = 1. To jakieś równanie matematyczne z trzema niewiadomymi? A ten jeden król był widocznie skwaszony. Potem się dowiedziałem, że to dla tego, bo dary Panu kosztowne złożyli. Ale dwaj tylko kadzidło i mirrę, a on wyskoczył ze złotem. W sumie złoto sie przyda, bo dziecko kosztuje. A nawet jak coś zostanie, to Józef będzie mógł zainwestować w zakład stolarski. Albo podobną manufakturę, ponoć modny robi się ostatnio bambus…

Uporałem się z wielbłądami, tymczasem się już jasno zrobiło. To mówie, idę do Nich zobaczyć, może coś potrzeba. Wchodzę, a tam cisza jak makiem zasiał. Maryja z Józefem nad Dzieciątkiem nachyleni w bezruchu, jakby do zdjęcia pozowali. Pastuszkowie i królowie na kolanach, zwierzęta jak w letargu pogrążone. Wół wyszedł na balkon, bo zrobiło się ciasno. To mówię, zrobię im zdjęcie na pamiątkę, taki bezruch będzie można długo naświetlać, a to ważne w moim aparacie, bo mam ISO tylko do 800. Nawet nikt nie zauważył, jak zdjęcie cyknąłem (chociaż bez pochodni błyskowej, bo nie można świecić w oczy noworodkom). Już wtedy czułem, że to coś ważnego się wydarzyło u mnie, och w mojej ukochanej gospodzie. Lepiej zdjęcie mieć, będzie można sprzedać malarzom średniowiecznym na wzór, gdy już się to wszystko rozsławi i będzie za co pojechać na urlop nad Eufratem (tam mieszka kuzyn z żoną).

Zostali u mnie jeszcze kilka dni. Spokojna Święta Rodzina, tylko słychać było, gdy śliczna Panna Syna kołysała (Józef zamontował w żłóbku łożyska), tak Jemu śpiewała.

Z tego wszystkiego Jozef o mało co zapomniał się zapisać, a taki był przecież powód całego zamieszania. W ostatniej chwili, jak już spakowani na osiołku, Matka Boża przypomniała.

Jeden pastuszek mi powiedział, że tej pierwszej nocy poszedł po coś do stajenki i mało nie wyzionął ducha, bo patrzy, a tam zwierzęta mówią ludzkim głosem. To znaczy wielbłądy opowiadały osiołkom i koniom o swojej podróży, bardzo się przechwalały. Aż nagle jeden koń się wkurzył i mówi: “Wiesz co, może i mówisz ludzkim głosem, ale my nie rozumiemy po ludzkiemu. Może jakbyś zarżał…”. Coś mi się nie chce wierzyć, pewnie pastuszek zmyślił, żeby zwrócić na siebie uwagę albo już mu się nudziło, gdy ucichł ten pierwszy rwetes i emocje opadły.

I wyruszyli w końcu każdy w swoja stronę – Święta Rodzina do Nazaretu, pastuszkowie poza miasto, a królowie… Wszyscy wiemy, że wrócili do domu inną drogą, ale mało kto doczytał, że ta droga dziwnym trafem wiodła przez Neapol (chcieli spróbować słynnej pizzy).

Koooniec…

*

I tak oto co roku obchodzimy te … urodziny. Bez tortu i świeczek, bez prezentu dla Jubilata. Za to trzymamy w domu żywe drzewo z lasu, świętujemy najuroczyściej o jeden dzień wcześniej, odwiedza nas gruby facet ubrany na czerwono, jemy płaskie pierniki (a przecież najlepsze są te grube), oszukujemy dzieci, że ryba to kotlet, po emblematach ktoś mógłby pomyśleć, że urodziny obchodzi niejaki Rudolf.

Dobrze, że Pan Bóg nie grzmi, jak na to patrzy, bo i tak jest dosyć brzydko na dworze bez śniegu. “Ech ludzie… nie spodziewałem się, że to pójdzie w tym kierunku”, raczej myśli z rozrzewnieniem, “Nigdy sie nie nauczą. Mrówki mi lepiej wyszły, ale cóż, z mrówkami nie pogadasz”…

Wesołych i pogodnych (to to samo) Świąt Bożego Narodzenia oraz szczęścia i pomyślności (to też to samo) w nowym roku 2018 🙂

życzy Tula (tak, to ja jestem wspomniana w przepięknej kolędzie “a Ty Go Matulu w płaczu uTULAj…”).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.