Ars vivendi

Zusammenfassung des Jahres (spokojnie, tekst jest po polsku)

Zusammenfassug des Jahres, czyli podsumowanie roku, brzmi po niemiecku intrygująco. Po polsku niczym księgowa sumujemy wypisane w słupku dobre i złe rzeczy i otrzymujemy wynik, a po niemiecku tylko zbieramy dane razem, pozostawiając je bez oceny. Akurat wolę miniony rok zusammenfassen niż podsumowywać. Oto dlaczego.

W roku 2017 wydarzyło się wiele ciekawych i zaskakujących rzeczy w moim życiu:
– jeszcze podczas zimy pojechałam do Peru na niespodziewany dwutygodniowy urlop, co tym bardziej mnie zdziwiło, bo kraj ten nigdy nie znajdował się na mojej liście marzeń (a na pewno daleko dalej od Puszczy Knyszyńskiej); zwiedziłam, co trzeba, oprócz Machu Picchu, bo jakoś zawsze się bałam tego miejsca
– od wiosny codziennie między 6 a 6:30 uprawiałam dzielnie nordic walking
– nauczyłam się strzelać z łuku i zakwalifikowali mnie do mistrzostw Polski kobiet, które odbędą się przyszłej jesieni
– wygrałam podejrzany na pierwszy rzut oka casting i dostałam się do obsady hinduskiego filmu Bollywood (potrzebowali kobiety wyglądającej jak typowa Polka, czyli ja; zdjęcia kręcili w Krakowie, pojawiam się dwa razy na kilka sekund w tłumie)
– podczas spaceru z dziećmi po polu za miastem (bez sensu był ten spacer w sumie, bo zmarzłyśmy) potknęłam się o korzeń i niefortunnie upadłam nabijając sobie na środku czoła guza wielkości pięciozłotówki, po czym wpadło mi w oko, że na korzeniu jest jakiś metal o dziwnych nacięciach. Znalezisko zgłosiłam do Naczelnego Archeologa i teraz to moje znalezisko badają. Domyślam się, że to jakieś narzędzie dawne może do uprawy roli typu radło czy skiba, dopuszczam też wikiński miecz.
– przez cały rok nie jadłam słodyczy, tylko w gościach
– zrobiłam w czerwcu patent żeglarza, po czym kupiłam od prowadzącego kurs starą żaglówkę i zaczęłam ją remontować (mąż mi pomaga, czasem nawet wychodząc na prowadzenie i degradując mnie do roli pomocnika)
– zrobiłam na drutach wymarzone poszewki na poduszki w kolorach złotym, srebrnym i szarym (gruby splot) i w ogóle dużo szyłam na maszynie (to bardzo proste, wystarczy zacząć)
– w co drugą sobotę sprzedawałam na bazarze osobiście wyhodowane marchewki i zioła (zawiązawszy przy tym dużo znajomości wśród lokalnych handlowców żywym warzywem)
– obejrzałam wszystkie odcinki serialu “Wataha” na HBO oraz “Mój zwierzyniec” na TVP ABC
– wygrałam konkurs fotograficzny organizowany przez National Geografic w kategorii “Ludzie” (no dobra, zajęłam czwarte miejsce, bez nagrody)
– nauczyłam sie porządnie tańczyć sambę i już nie będzie wstydu
– wygrałam raz w szachy z mężem
– leciałam balonem na Dorocznych Zawodach w Locie Balonem na Odleglość organizowanym niedaleko Dijon we Francji i po raz pierwszy w życiu prawie zemdlałam ze strachu
– kupiłam termoloki i używałam ich w co drugą niedzielę począwszy od marca, dzięki czemu wprawiłam się tak dobrze w ich stosowaniu, że teraz włosy kręcą mi się na samą myśl o tym cudzie techniki
– cały sierpień spędziłam z rodziną na Bornholmie, gdzie nie było wcale tak zimno, bo nasz skandynawski domek miał dobrą izolację z trawy pomieszanej z jakąś fioletową rośliną
– we wrześniu zapisałam się na serię masaży hawajskich, zostało mi jeszcze osiem wejść
– a w listopadzie założyłam blog, na którym to wszystko powyższe właśnie pozmyślałam…

Bo wcale nie byłam w Peru, nie wychodzę z domu przed 7, jadłam czekoladę, nie mam HBO, w szachy zawsze przegrywam, włosów nie lokuję, nie wywracam się o średniowieczne sochy, balony tylko nadmuchuję, ziół nie hoduję.

Właściwie w roku 2017 skupiłam się na dosłownie trzech, czterech sprawach o olbrzymim znaczeniu i jakoś dałam radę. A cała reszta? Te setki zaplanowanych celów? Odkryłam, że im więcej planuję, tym więcej nie realizuję.

Nie udało mi się na przykład:
– nie przeczytałam powieści “Komu bije dzwon” do końca, bo mnie zanudziła; dam jej szansę za 10 lat może, a na razie niech “Śniegi Kilimandżaro” wystarczą
– nie nauczyłam się grać na pianinie kolędy (dwoma rękami); miałam zacząć od lutego, by małymi krokami dojść do takiej biegłości, by w Święta zachwycić osłupiałą i dumną ze mnie rodzinę
– nie kupiłam kaloszy Hunter w promocji, bo nie były ani razu w promocji
– nie kupiłam malaksera, smartwatcha ani wspomnianych kijków nordyckich
– nie natrafiłam nigdzie w żadnym sklepie na idealną beżową torebkę A5 (o idealnej kombinacji koloru, faktury, materiału, kształtu, paska na ramię, jakości, wytrzymałości, pojemności i uroku)
– nie zdecydowałam ostatecznie, na jaki kolor chcę farbować włosy oraz na jaki przefarbować natychmiast, gdy nie będę zadowolona z efektu
– nie usunęłam dolnych ósemek (ale już mi ich nie szkoda, decyzja podjęta)
– nie pojechałam zobaczyć, jak kwitną śnieżyce w Śnieżycowym Jarze
– nie doszłam do perfekcji w organizowaniu swojego czasu
– nie popływałam na kajaku latem (tracąc szansę na bajeczną opaleniznę w trzydzieści minut)
– nie gotowałam warzyw tylko i wyłącznie na parze (są bardzo oporne wobez tego typu rozrywki, jak ryba w wodzie czują się we wrzątku)
– nie kupiłam łyżki do lodów, szarego płaszcza ani depilatora świetlnego
– nie zrobiłam zapiekanego w piekarniku kogla-mogla (z powodu braku kokilek)
– nie naoliwiłam maszyny do szycia (należy raz w roku)
– nie napiłam się ani razu likieru jajecznego
– nie posegregowałam zdjęć i filmów
– nie przeanalizowałam raportu Gallupa, nie pojechałam w wakacje w góry i nie znalazłam granatowego stanika, który gdzieś mi się w domu zagubił (nie, za pralką go nie ma; podejrzewam, że to pożeracz skarpetek mógł się sromotnie pomylić)
– nie zamroziłam nadwyżek dobrego humoru z Bożego Narodzenia, żeby w przyszłym roku po wyjęciu z lodówki dodać do makowca (przydaje takiej fajnej wilgoci i posmaku); cały dobry humor wykorzystałam już podczas ferii i sylwestrowych “fajejebków” (jak mówi pewna mała dziewczynka)

To tylko mały wyimek z mojej listy niezrealizowanych chęci. Nie zrażam się, przechodzą skwapliwie na kolejny rok.
Po takim niezobowiazującym Zusammenfassung okazuje się, że w 2017 moja szklanka była w połowie pusta i w połowie pełna, zależy jak spojrzeć. Lepiej za dużo się nie przyglądać, tylko duszkiem na czczo wypić.

Aby nie zostawić tego wpisu bez sensownej pointy, przytoczę na koniec staroafrykańskie porzekadło (w oryginale tylko trzy pojemne znaczeniowo słowa): “Dawno, dawno temu, gdy przodkowie lwów stawali się lwami, przodkowie antylop tylko stali i jedli trawę. Zatem teraz, gdy jakaś antylopa chce być jak lew, musi spiłować rogi, zapuścić grzywę i polować na współbraci”.

Wszystko jasne. Kochane antylopy i lwy – do boju i do wodopoju! Rok 2018 czeka na nas!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.